Zygmunt Różycki o zimie…

PIEŚŃ BIAŁYCH SZRONÓW

 

Na wpółomdlale, sennie płynie
Po ośnieżonej gdzieś równinie,
Po miękkich puchów fali srebrnej,
Zciszone łkanie, szept gędziebny.

Grają, owite szronem, drzewa.
Na które złoty blask swój zlewa
Noc uroczysta, czarująca
Z seledynowych kruż miesiąca.

Płynie melodya roztęskniona.
Wybucha płaczem, rwie się, kona.
To znów, jak cichy dźwięk pacierzy.
Po ubielonych szlakach bieży.

Pieśń drży — a dusza ma znękana,
W srebrzyste brzmienia zasłuchana.
Znów cicho marzy, znowu roi
0 tej szczęśliwszej doli swojej.

i znów się biednej przypomina
Każda ta chwila i kiedy, jak śnieg ten, była biała
i gdy złudzenia jeszcze miała.

Słucha — a dźwięki falą dźwięczną
Płyną w dal senną, w dal miesięczną.
Dźwięki harfiane, przytłumione.
Zda się, ze szczerych łez


W NOC ZIMOWĄ

 

Gdziekolwiek spojrzysz — pustka — zlekka się kołyszą
Pod zmrożonego śniegu tafią brylantową
Przedziwne czary… senną otulone ciszą
Białe duchy i mary płyną nad mą głową.

Uśpione wielkim mrozem blade gwiazdy wiszą,
Jakby je dziś zaklęło jakieś wielkie słowo
I srebrna jakaś bajka wraz z tęsknią i ciszą
Przez puste płynie pola w oną noc zimową.

Księżyc niże na śniegi swoje srebrne smugi,
Jakieś bajeczne kraje się przedemną ścielą.
Jakiś step czarodziejski, zamyślony, długi…

Śniegu łabędzią, senną, nieskalaną bielą
Przelatują ogniki błędne i znikome,
A w dali majaczeją bory


ŚNIEG

 

Fruwają cicho białe, srebrniejące płatki,
Świecące gwiazdy, pyłki i nikłe kryształy…
Lecą cicho… upadły… na powierzchni gładkiej
Leciuchno się w gobelin układają biały.

Fruwają kwiaty, lilij uskrzydlonych pęki.
Srebrne ziarna, paciorki z aniołów różańca.
Fruwają bezszelestnie, w rytm się plączą mięki,
W rytm cichy bieluchnego, niebieskiego


SZYBY

 

Wyrzeźbił mróz krysztalne swoje sny na szybie,
Sny, pełne zaświatowej, nieziemskiej tęsknoty:
Białe ogrody, lśniące brylantami groty.
Srebrne kwiaty, koronki, modre skrzelki rybie.

W tych kwiatach, w tych koronkach dziwny świat się kryje,
Dziewiczych, białych marzeń siedmiobarwna tęcza
I jakieś złote śnienia, jakaś baśń pajęcza
Po rozkwieconych szybach wije się i wije.

O, bądź błogosławiona jasnych snów potęgo,
O, bądź błogosławiona ciszo innych światów.
Co wiją się tęczami, lazurową wstęgą…

I ja też miałem tęcze, wieńce srebrnych kwiatów.
Marzenia o jutrzence, cudne sny z opalu,
Ale mi znikły… Płomień je przetopił


W ZIMOWE RANO

 

Dziwne upojne, mroźne, przecudowne rano.
Zdobne w świecące pyły, śnieżne dyamenty —
Olchy przestwór, w łabędzie puchy owinięty.
Migoce w złotem słońcu bielą nieskalaną.

Tak błyszczy i migoce, że swą duszę całą
Chciałbym śniegu srebrzystą otulić osnową.
Zanurzyć ją w tych pyłów topiel kryształową.
By stała się niewinną, nieskalaną.


UKRYTE ZWŁOKI

 

Idę cicho po białej zaścieli śniegowej
Ścieżyną, którą słońce znaczy złotą igłą,
W odludną jakąś pustkę, w oddal niedościgłą,
W jary lśniące kryształem, w srebrzyste parowy.

Idę cicho, ostrożnie wśród pustki głębokiej.
Brnę śmiało po przez zaspy śniegowe i głusze.
Bo wiem dobrze, że dzisiaj tu odnaleźć muszę
Pod lśniącą taflą śniegu jej ukryte zwłoki.

Idę cicho, ostrożnie… Słyszę jakieś dźwięki.
Płynące po białości naokół rozlanej…
To pewno tak słoneczne jej grają organy!…
Tyle kwiecia dokoła… to liijowe pęki!

Idę cicho, ostrożnie roziskrzoną ścieżą.
Bo lękam się, że ludzie na ślad mój tu wpadną
I jeszcze mi jej zwłoki wśród nocy wykradną.
Jej zwłoki, które do mnie jednego.


W ŚNIEŻNEM UPOWICIU

 

Jakżeż mi dzisiaj cudnie śnieg ubielił drzewa,
Każdą gałązkę ubrał w srebrniejące pyły
I w białe kwiaty… szrony barwą tęcz zalśniły,
Symfonia słońca z śniegiem w jedną pieśń się zlewa.

Krysztalne szrony, kwiaty i gwiazdy migocą.
Zda się, dłoń czyjaś mięka, pieściwa i biała
Po drzewach i po ziemi brylanty rozsiała.
Błyszczą gwiaździste szrony, kwiaty upojenia mocą.

Błyszczą, jaśnieją, skrzą się… śnieżanego puchu.
Co gra kolorem tęczy, białością lilianą,
Nie zwiewa żaden podmuch… drzewa śnią bez ruchu.

W takie jasne, zimowe, przecudowne rano
Ma tęskna dusza, pełna słonecznej zadumy,
Słyszy skrzydeł anielskich bezszelestne

Zygmunt Różycki, 1911

Wiersze mieszkającego przez długi czas w Tomaszowie poety ukazały się w wydanym w 1911 roku w Warszawie tomiku „Wybór poezyi”.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*