Z Tomaszowa do Brazylii, czyli gorączka brazylijska

Problemy z imigrantami w Europie nasuwają na myśl czasy, kiedy to Polacy masowo emigrowali za ocean do bogatych Stanów Zjednoczonych czy Kanady. Ale były też czasy, gdy kierunkiem takiej masowej emigracji była dzika i tajemnicza wówczas Brazylia. Znalazło się tam wielu wychodźców z naszego regionu, głównie z Tomaszowa.

Rok 1890 w Królestwie Polskim był rokiem nieurodzaju. Spowodował on gwałtowny wzrost cen żywności. Odbiło się to przede wszystkim na bezrolnych na wsi oraz proletariacie miejskim guberni piotrkowskiej, który to już od roku czuł silny zastój w przemyśle włókienniczym i nagły wzrost bezrobocia.

W tym samym czasie w odległej Brazylii, po zniesieniu w 1888 roku niewolnictwa i spowodowanego tym braku rąk do pracy, tamtejszy rząd podjął akcję na rzecz masowego napływu emigrantów, którzy zagospodarowaliby niezamieszkałe tereny tego wielkiego kraju. Kolonistom z Europy zapewniano darmową podróż i przydzielano po 25 hektarów ziemi. Tak to zaczęła się tzw. brazylijska gorączka, która nie ominęła miast przemysłowych w guberni piotrkowskiej: Tomaszowa, Łodzi, Pabianic czy Zgierza, a także wielu wsi.

Zarabiający na pośrednictwie werbownicy i naganiacze wysyłali wychodźców najpierw do miast Bremy lub Hamburga, skąd na parowcach Niemieckiego Północnego Towarzystwa Llyoda dopływali do portów w Brazylii. Ludzie łatwo wierzyli w obietnice o brazylijskim raju i nierzadko sprzedawszy wszystko, ruszali w daleką i niebezpieczną podróż, nie wiedząc tak naprawdę, co spotkają na miejscu.  Już w czerwcu 1890 roku duża grupa robotników tomaszowskich opuściła miasto. Następne miesiące przyniosły  tylko wzrost emigracji.

Jednym z tomaszowskich wychodźców był Józef Restel, który w sierpniu 1890 roku wyjechał z żoną do Brazylii. List który po przeszło roku napisany został na polskie ziemie, opisywał jego losy. Z jego treści wynikało, że pracował najpierw przy kawie. Tam za ciężką pracę na wysokiej górze, gdzie parę godzin trzeba było się drapać, dostawał tylko utrzymanie, ryż i słoninę. Zniechęcony tym uciekł w nocy i po czterech dniach drogi po nieprzebytych lasach, gdzie spotkał tygrysa i trapiony był przez robactwo dostał się do miasta Campinas do garbarni. Zarobiwszy trochę pieniędzy puścił się zaraz po żonę, którą zostawił „na kawie”. Lecz tu nie chcieli go puścić.  Razem więc z pięcioma innymi rodzinami uciekł z owej osady do Sāo Paulo. Trzy noce przespali pod płachtami nad rzeką. Od głodu ochronił ich jakiś dobroczynny Portugalczyk, który dał im 10 milów – miejscowej waluty. Zebrawszy z czasem trochę grosza na drogę, przybył do Rio, gdzie wpadł w taką wielką biedę, iż prosił o pomoc swoich rodaków zza oceanu.

Byli też tacy, który po niepowodzeniach potrafili jeszcze wrócić do swojej ojczyzny. W jednym z listów czytamy:

Ze wsi Żarnowicy, gminy Bogusławice, poszła też cała rodzina J. Z. Człowiek ten był czas jakiś za nauczyciela we wsi Komornikach, ale że uczył licho, niedbale, tylko chodził sobie po polowaniu za zającami, więc gospodarze usunęli go ze szkoły. Następnie był czas jakiś w Wolborzu na komornem i żył z pisania próśb i podań do sądu. Ale potem się jakoś wkręcił za pisarza do gminy Goleskiej i trzymał się tam czas jakiś, aż znowu coś przeskrobał i stamtąd go również wygnali. Wrócił więc do Wolborza i próbował dawnego zarobku, ale jakoś mu się to już nie spodobało. Cóż tu robić? Iść do Brazylji! I poszedł. Co miał, posprzedawał i dalej w drogę. Jak pojechali tak nie było ich kilkanaście miesięcy. Aż tu pod jesień roku 1891 przyjeżdża cała rodzina z powrotem i nuż narzekać na swą dolę, że się tak bardzo oszukali, że nie znaleźli w Brazylji złota, tylko żmije, a teraz nie mają co jeść. Musieli wszyscy iść na zarobek do dworu, bo nie mieli co do gęby włożyć. Takie to bogactwa znaleźli w Brazylji.

Pod koniec 1890 roku władze rosyjskie, którym nie w smak była brazylijska gorączka, przystąpiły do energicznej kontrakcji. W samej guberni piotrkowskiej aresztowano w owym roku 55 osób pod zarzutem namawiania do wyjazdu. W grudniu 1890 roku m.in. sądzono w Piotrkowie Augusta Mergela – mieszczanina z Łodzi. Sąd skazał go na roczną karę zamknięcia w rotach aresztanckich. Mergel wyprawił podobno do Brazylii 28 rodzin. Od wszystkich zachęconych do wyjazdu brał pieniądze. Za każdą osobę  wysłaną z Królestwa Polskiego do Brazylii która ukończyła 12 lat, otrzymywał po osiem marek niemieckich, czyli niecałe cztery ruble.

Obławy na granicy i stacjach kolejowych połączone z nieprzychylnymi Brazylii wieściami od pierwszych emigrantów szeroko kolportowanymi przez prasę, zahamowały nieco ten ruch. W październiku 1890 roku przejazd wychodźców polskich przez Niemcy do Brazylii bardzo się zmniejszył. Gdy wcześniej szły codziennie przez Berlin do Bremy całe pociągi, wiozące po blisko tysiąc ludzi, to od października jechało ich tylko po kilkudziesięciu na dzień.

Istotnie, niektóre listy miały naprawdę tragiczny wydźwięk. Jeden z wychodźców pisał na przykład z Brazylii, iż grupa licząca blisko trzysta osób – w tym osiemdziesięciu Tomaszowian – w połowie wymarła w mieście Santos. Przyczyną zgonów był tyfus plamisty przywleczony przez jakąś rodzinę niemiecką. Cała grupa ulokowana była w jednym baraku z drzewa bambusowego i choroba szybko przeniosła się na innych tak, że w ciągu ośmiu dni umarło w strasznych cierpieniach około stu ludzi. Resztę ludzi władze miały wyganiać do lasu, by nie zarażali innych… Nie brzmiało to tragicznie!?

Inny świadek widział natomiast, jak podczas podróży do Brazylii mieszkaniec Łodzi nazwiskiem Erden, skradł kapitanowi okrętu znaczna sumę pieniędzy. Gdy po przeprowadzonym śledztwie wykryto złodzieja, sąd okrętowy skazał go na śmierć. Aktu tego dokonano przez powieszenie Erdena na maszcie w obecności wszystkich pasażerów. Potem trupa wrzucono do morza…

W marcu 1891 roku rząd brazylijski uznał, że na wychodźcach polskich zrobił zły interes. Polacy w Brazylii szybko tracili siły i zdolność do pracy, często chorowali i umierali, a inni myśleli tylko o powrocie do swej ojczyzny lub uciekali dokąd się da, aby jak najprędzej Brazylię porzucić. Gdy towarzystwo okrętowe w Bremie otrzymało z Brazylii rozporządzenie, aby nie przyjmowało wychodźców polskich na swe okręty, bo rząd brazylijski nie będzie ich wpuszczał do swego kraju, Polaków zaczęto odprawiać z niczym i zawracano na ziemie polskie.

Gorączka brazylijska skończyła się, ale mimo iż trwała krótko, jej efekty były okazałe. W sumie w latach 1890-1891 przybyło do Brazylii blisko 38 tys. mieszkańców Królestwa Polskiego, w tym około cztery tysiące z Tomaszowa. Ich potomkowie żyją tam do dziś.

Przemysław J. Łaski

Udostępnij ten artykuł swoim znajomym:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *