Wielki pożar Rozprzy 1928 roku

W ciepły, choć wietrzny czwartkowy ranek 13 września 1928 roku, dwa dni przed rozpoczęciem żydowskiego Nowego Roku (Rosz ha-Szana), stanowiący prawie połowę ponad tysięcznej ludności Rozprzy Żydzi, szykowali się do świąt. W piekarniach prowadzony był intensywny wypiek pieczywa. Nikt nie przeczuwał zbliżającej się tragedii.

 

Prawdopodobnie około godziny 9.30 w jednej z żydowskich piekarń w centrum miasteczka doszło do pożaru. Wskutek silnego wiatru i niemal wyłącznie drewnianych i gęstych zabudowań, już w kilkanaście minut duża część Rozprzy stała w ogniu. Pożar rozprzestrzeniał się, istniało zagrożenie dla budynków władz gminnych i miejscowej policji. Obawiano się, że pożar obejmie całe miasto. Ludzie w popłochu uciekali z płonących domów, a powietrze zaczął wypełniać lament pogorzelców, wśród których wielu było poparzonych i poranionych spadającymi belkami.

Oprócz miejscowej straży ogniowej, która szybko zorientowała się, że tak groźnego pożaru nie zlikwiduje własnymi siłami, w akcji brało udział 18 drużyn strażackich z całej okolicy (jak podają niektóre źródła, straż ogniowa z Piotrkowa, mimo niewielkiej odległości od Rozprzy, na ratunek nie przybyła). Dwaj strażacy, którzy z narażeniem życia mieli rzucić się w płomienie, by ratować niemowlę, doznali bardzo ciężkich oparzeń i odwieziono ich do piotrkowskiego szpitala. Ciężko ranny został także strażak poraniony spadającą belką.

Początkowo akcją ratunkową kierował miejscowy proboszcz, ks. Bolesław Korwin Szymanowski. Polecił on znosić dobytek pogorzelców na niezagrożoną ogniem murowaną plebanię. Gdy tam nie wystarczyło miejsca, pościel i inne ocalone przedmioty znoszono do wyremontowanego kilka lat wcześniej kościoła. Proboszcz stanął także na czele komitetu ratunkowego, a dużą część ze swoich własnych oszczędności miał przeznaczyć dla pogorzelców.

Pożar zaczął słabnąć dopiero około 3 po południu. Następnego dnia trwało jeszcze dogaszanie pogorzeliska. Wielki pożar w Rozprzy dotknął około 100 rodzin, w większości żydowskich. Wiele osób odniosło oparzenia. Spaliło się 37 domów mieszkalnych (około 1/3 ogółu domostw w miasteczku), jeszcze większa liczba zabudowań gospodarczych oraz budynek policyjny. Wskutek uszkodzenia przewodów, na wiele dni zerwana została komunikacja telefoniczna. Straty materialne szacowano na około 1 mln zł.

Dość szybko na miejsce tragedii przyjechały władze samorządowe. W godzinach południowych do Rozprzy udali się samochodami z Łodzi, wojewoda Władysław Jaszczołt z sekretarzem Rosickim, komendant wojewódzki policji inspektor Niedzielski, a z ramienia wojewódzkiego związku straży pożarnych inspektor Eugeniusz Rusiecki. Wojewoda, który zainicjował akcję rozmieszczenia pogorzelców i pomocy materialnej, wyraził pochwałę strażakom, szczególnie z Woli Krzysztoporskiej i wsi Kisiele za pełną poświęcenia i odwagi akcję ratowniczą. Starosta powiatu piotrkowskiego zarządził natychmiastową akcję zwożenia furmankami chleba dla pogorzelców. Do Rozprzy przyjechało kilka wozów z chlebem z pobliskich Gorzkowic. Pogorzelców, niemających dachu nad głową, umieszczono na jakiś czas w pobliskim folwarku w niezamieszkanym dworze Zakrzewskich oraz okolicznych wioskach. Łódzki Czerwony Krzyż wysłał natomiast do Rozprzy samochody z bielizną.

Pożar w Rozprzy nie był przypadkiem odosobnionym w tamtym okresie. Pożary były prawdziwą zmorą mieszkańców wsi i miast, a rok 1928 był rekordowy, jeżeli chodzi o liczbę pożarów w Polsce. Jak podkreślano, główną ich przyczyną, oprócz wadliwych kominów i nieostrożności mieszkańców, była dzika i gęsta zabudowa wsi i miast. Pożar w Rozprzy wyróżniał się natomiast rozmiarami. Porównywano go wówczas do pożaru, który kilka lat wcześniej strawił Rzgów. Co ciekawe, wracając z Rozprzy do Łodzi, inspektor Rusiecki zatrzymał się w Rzgowie zarządzając próbny alarm tamtejszej straży pożarnej.

Przemysław J. Łaski

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*