Wielki pożar Gorzkowic w 1929 roku

Historia nie oszczędziła klęskami pożarów leżących przy szlaku kolejowym między Piotrkowem a Radomskiem Gorzkowic. W 1895 roku spłonął tam drewniany kościół (o czym już pisaliśmy). Blisko trzydzieści pięć lat później płonęło już niemal całe miasteczko.

W czwartek 19 września 1929 roku około godziny 8 rano, z zagrody mieszkającego na ulicy Kościelnej Józefa Tymowskiego buchnął nagle słup ognia. Płomienie w kilka chwil objęły szereg drewnianych budynków, wznoszących się przy tej ulicy. Mieszkańcy byli tak sparaliżowani strachem, że początkowo nie przystępowali do akcji ratunkowej. Zaalarmowana gorzkowicka straż ogniowa (na zdjęciu z lat międzywojennych) przystąpiła do działania z poślizgiem, gdyż podobno prawie wszyscy strażacy rozbiegli się początkowo do swoich domów ratując mienie. Dopiero po piętnastu minutach rozpoczęto intensywną akcję ratowniczą. Akcja ta utrudniona była też z powodu, iż większość gospodarzy była w polu i mieszkania ich były zamknięte. Ponadto straż miała trudność z dostarczaniem wody ze stawu znajdującego się po drugiej stronie toru kolejowego.

Ogień zaś rozprzestrzeniał się coraz bardziej. Siła żywiołu była tak wielka, że w ciągu jednej godziny w płomieniach stało przeszło 30 domostw. Widząc, że własnymi siłami tego żywiołu nie da się pokonać, miejscowi policjanci zawiadomili o pożarze starostwo piotrkowskie, które wysłało telefonogramy do wszystkich okolicznych miasteczek i wsi z prośbą o pomoc dla płonących Gorzkowic. Po dwóch godzinach, zaczęły zjeżdżać do Gorzkowic zaalarmowane straże ogniowe z okolicy. Niespodziewaną przeszkodą było dla nich zajęcie linii kolejowej przez pociąg towarowy, który blokował im drogę przez 20 minut. W sumie do walki z pożarem stawiło się około 20 wozów strażackich, m.in. z Piotrkowa, Radomska, Niechcic, Bujnic, Szczepanowic, Klizin czy przeżywającej równo rok wcześniej podobnego koszmaru Rozprzy.

Pożar postępował coraz bardziej. Języki ognia rzucały się z zagrody na zagrodę. W wielkiej panice i chaosie z domów wynoszono meble, pościel i odzież. Kobiety zaczęły mdleć i trzeba było wzywać do nich pogotowie. W pewnej chwili, gdy nad miasteczkiem buchały płomienie a chmura dymu zasłaniała horyzont, z pobliskiej szkoły do której zbliżał się ogień, zaczęły dobiegać przeraźliwe krzyki dzieci (w szkole przybywało ich wtedy około sześćdziesięcioro). Strażacy i mieszkańcy rzucili im się na ratunek, mimo prozaicznej trudności – drzwi wejściowe do szkoły były zamknięte. Okazało się, iż po wszczęciu alarmu w miasteczku, nauczycielka chcąc zaczerpnąć wiadomości, zamknęła budynek na klucz, by dzieci w panice nie rozbiegły się po mieście. Dzieci zaczęły wyskakiwać przez okna. Kilkoro z nich odniosło rany.

Jak donosili korespondenci z miejsca kataklizmu, około godziny 1 po południu z 15 zabudowań miały pozostać tylko zgliszcza, a 20 domów nadal się paliło. Natomiast około godziny 4 po południu płonęły 24 budynki i 38 stodół. Na szczęście nie było śmiertelnych ofiar, choć Sara Waks, jedna z lokatorek płonącego domu, w czasie ratowania swojego dobytku została ciężko ranna – zawaliły się na nią belki z sufitu.

Szybko zawiązał się komitet niesienia pomocy pogorzelcom. Wieczorem udało się mu sprowadzić z Piotrkowa żywność dla ofiar pożaru. Jednocześnie mieszkańcy próbowali wyjaśnić jego przyczynę. Rozeszła się nawet pogłoska, ze Tymowski sam podpalił zagrodę. Przed zgliszczami jego budynku zebrał się tłum ludzi chcący dokonać samosądu na rzekomym podpalaczu. Tymowski tłumaczył, że zagroda jego nawet nie była ubezpieczona, więc nie miał powodu by ją podpalać. Dopiero przybycie sił policji udaremniło plany zebranego tłumu. Dla pogorzelców zawitało też inne niebezpieczeństwo. Korzystając z pożaru bandy drobnych złodziejaszków zaczęły szabrować zgliszcza. Chcąc temu przeciwdziałać z Piotrkowa przysłano dwie kompanie 25 pułku piechoty, która miała utrzymać porządek w miasteczku. Do tego celu wezwano również okoliczną policję.

Pochód pożogi udało się powstrzymać dopiero wieczorem. W miasteczku zapanowała niesłychana rozpacz i strach co do własnej przyszłości. W rezultacie wielkiego pożaru Gorzkowic w dniu 19 września 1929 roku spłonęło w sumie trzydzieści pięć domów mieszkalnych, a 100 rodzin pozostało bez dachu nad głową. Przez całą noc z 19 na 20 września na miejscu pożaru czuwało kilkunastu strażaków, którzy gasili tlące się jeszcze zgliszcza. Po ulicach bezładnie włóczyli się mieszkańcy z tobołami na plecach, szukając dachu nad głową i nowego pomysłu na przyszłość…

PJL

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*