Węgierskie małżeństwo Teleki – zapomniane ofiary katastrofy kolejowej pod Piotrkowem

Była noc z 9 na 10 października 1962 roku. W pobliżu Moszczenicy, na szklaku kolejowym, wśród jęków, krzyków, wśród odgłosów żelaza, trwała dramatyczna akcja ratowania pasażerów z rozbitych wagonów kolejowych. Wśród nich był pasażer z Węgier, 50-letni László Teleki i jego żona.

László Teleki wraz z żoną Évą (na zdj.) przyjechali do Polski by tu, na neutralnym terenie, spotkać się z dziećmi mieszkającymi od jakiegoś czasu w Szwajcarii. Długo oczekiwali tego spotkania. Po 1956 roku, w czasach porewolucyjnej odwilży, umożliwiono im wreszcie wyjazd z kraju. Do szczęśliwego rodzinnego spotkania miało dojść w Warszawie, do której z Budapesztu ruszyli kilka godzin wcześniej. Nie doczekali, zabrakło godziny, dwóch i blisko stu kilometrów. Zabrakło szczęścia, zabrakło życia.

Późnym wieczorem 9 października 1962 roku około godziny 21.30 na szlaku kolejowym między Piotrkowem a Moszczenicą wykoleiły się trzy ostatnie wagony expresu międzynarodowego nr 4102, jadącego z Sofii przez Belgrad, Budapeszt, Zebrzydowice do Warszawy. Dwa z wykolejonych wagonów wskoczyły na szyny sąsiedniego toru, którym z Warszawy do Wiednia jechał z szybkością około 100 km, ekspres nr 4103 Chopin. Maszynista pociągu jadącego z Warszawy z powodu gęstej mgły nie był w stanie ich zauważyć. Na skutek zderzenia kilkanaście wagonów zostało odrzuconych na odległość kilkuset metrów. Według oficjalnych danych liczba śmiertelnych ofiar wyniosła 34 osoby. Małżeństwo Teleki znalazło się wśród nich.

László Teleki, urodzony w 1912 roku, pochodził z familii bardzo uznanej na Węgrzech w okresie międzywojennym. Rodzinnym gniazdem rodziny Teleki było miasto Gyömrő, w którym do dziś stoi piękny pałac należący do familii. Kuzyn László, Pál Teleki, postać bardzo tragiczna w wojennej zawierusze, był ministrem wychowania i dwukrotnym premierem Węgier (w latach 1920-1921 oraz 1939-1941). Popełnił samobójstwo w 1941 roku. László w czasach wojennych był promotorem skautingu. W 1942 roku wziął huczny ślub z Évą (z domu Alapi). Mieli dwójkę dzieci – urodzoną w 1943 roku Gézę i urodzonego w 1944 roku Miklósa.

Tragicznej nocy z 9 na 10 października 1962 roku – jak donosił korespondent PAP – jedna z wielu przybyłych na miejsce katastrofy ekip łódzkiego pogotowia, w składzie: lekarz Bogdan Bieniak, pracownik administracyjny Wincenty Dana, oraz kierowca Czesław Antoszewski, przez 12 godzin walczyła o życie László, który w jednym z rozbitych wagonów leżał przygnieciony żelastwem. Przez całą noc dawał oznaki życia pukając w wagon. Éva już wtedy nie żyła – zmarła 9 października, czyli już przed północą. Podczas gdy Bieniak robił zastrzyki z morfiny i dwukrotną transfuzję krwi, pozostali starali się utorować drogę do rannego i umożliwić mu wydostanie się. Kierowca pogotowia najpierw ręcznie, a potem palnikiem acetylenowym ciął pogięte żelastwo. Wreszcie udało się i około godziny 10 przed południem karetka ruszyła w stronę Piotrkowa. Na nieszczęście już na ulicach Piotrkowa karetka miała popsuć się, a do szpitala miał zabrać rannego László zatrzymany na ulicy autobus… Bitwa była wygrana, ale nie udało się wygrać wojny. Pomimo wysiłków lekarzy László wieczorem 10 października zmarł.

Ciała małżeństwa Teleki odjechały pociągiem w specjalnym wagonie 14 października na Węgry. László wraz z żoną pochowani zostali na cmentarzu w rodzinnym Gyömrő. Pogrzeb ich odbył się w czwartek 18 października 1962 roku o godzinie 13. Wśród tysięcy żałobników obecni byli też przedstawiciele polskich władz.

Dlaczego dziś ich losy są zapomniane? Dlaczego, mimo hucznie obchodzonego w Piotrkowie Dnia Przyjaźni Polsko-Węgierskiej, nie mówi się nic o tej tragicznej historii która łączyła nasze kraje? A może niestety piotrkowscy „urzędowi” historycy nie znają po prostu losów małżeństwa Teleki.

Przemysław J. Łaski

Udostępnij ten artykuł swoim znajomym:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *