„Wampir” z Kosowa

Wszyscy go w Kosowie znali. Ponoć nie przemęczał się pracą. Od kilku miesięcy przebywał na Śląsku. Na dwa dni przed zabójstwem pojawił się z powrotem w rodzinnej wsi. W tym dramacie jest zbrodniarz i jego ofiary, są bohaterzy, ale jest też postać tragiczna, przypadkowo weń wpisana.

Morderstwo

Blisko 70-letnia Waleria Pietraszczyk mieszkała wraz z mężem Antonim w Kosowie, wsi niewielkiej, lecz przylegającej do większej i gminnej Moszczenicy, tworząc z jeszcze innymi wioskami, jakby jedną większą całość. Mieszkali w niewielkim domu pod lasem. Z okien przejeżdżających w pobliżu pociągów dobrze widać było ich podwórze. 13 czerwca 1974 roku widziano tam samochody milicyjne.

Dzień wcześniej Pietraszczykowa pojechała do Piotrkowa po zakupy. Po godzinie 17 wróciła do domu. Około godz. 18 przyszedł do jej mieszkania młody człowiek. Podając swoje nazwisko powiedział, że jest zaproszony przez jej męża. Lał deszcz i wiał silny wiatr. Słychać było szum pobliskich drzew. Kobieta w pewnej chwili chciała wyjść z domu żeby zamknąć kurnik.
– Chciałem wyjść razem z nią, ale powiedziała mi: Gdzie pan będzie szedł, taki deszcz – miał zeznać znacznie później ów młody człowiek. – Jak wstała, żeby wyjść – uderzyłem ją ręką, przewróciła się i wtedy zacząłem ją dusić – mówił.

Śmierć Pietraszczykowej wywołała w okolicy wielkie wrażenie. Ludzie w Moszczenicy opowiadali, że kobietę udusił „wampir”. Groza ogarnęła mieszkańców, a kobiety bały się wychodzić z domów.

Ślady na słoiku

Pierwsze oględziny mieszkania Pietraszczyków ujawniły kradzież pół litra spirytusu, dwóch zegarków na rękę, tzw. buksiaków (zegarek z mechanizmem bezkamieniowym) i garderoby gospodarza. Sprowadzone psy nie wytropiły mordercy na miejscu zbrodni. Ulewny deszcz pozacierał wszystkie ślady.
W mieszkaniu zamordowanej stał na stole w pokoju słoik z cebulą. Na nim to odkryto ślady linii papilarnych. Ustalono także, że około godz. 18 ktoś widział jak przy ganku mieszkania Pietraszczyków stał mieszkaniec tej wioski, niejaki Góralczyk. Godzinę wcześniej, był on u innego z mieszkańców Kosowa. Antoni Jerzy Góralczyk był dobrze znany lokalnej milicji i był już wcześniej daktyloskopowany w związku z włamaniem, którego dokonał. Milicjanci nie byli więc zdziwieni, gdy okazało się, że ślady znalezione na słoiku pokrywały się ze śladami linii papilarnych Góralczyka, które przechowywano już w milicyjnej bazie danych.

Po ustaleniu, że sprawcą zabójstwa Pietraszczykowej jest Góralczyk, przeprowadzono rewizję w mieszkaniu jego matki. W starej marynarce znaleziono zdjęcie. Pokazano je Góralczykowej. Nie przyglądając się dokładnie potwierdziła, że to zdjęcie jej syna. Fotografia ta posłużyła milicji do sporządzenia komunikatu o poszukiwanym.

Feralny „komunikat”

Za Góralczykiem wydano list gończy, a komunikaty o jego poszukiwaniu przez MO drukowano w lokalnej prasie, „Dzienniku Łódzkim” i „Głosie Robotniczym”, oraz puszczano w telewizji. Ludzie byli ciekawi „czy coś napiszą o Góralczyku” więc gazety szybko znikały z kiosków.

W sobotę 15 czerwca Hieronim Łaski, młody maszynista mieszkający od niedawna w Moszczenicy jak zwykle wybierał się do pracy. Gazetę miał kupić już w Piotrkowie, ale za namową żony, postanowił kupić ją jeszcze w Moszczenicy. Wziął ostatni egzemplarz „Głosu Robotniczego”, bo „Dziennika Łódzkiego” już nie było. Polscy piłkarze tego dnia rozpoczynali meczem z Argentyną Mundial’74, o czym trąbiły pierwsze strony gazet. Ale nie to go interesowało. Czekając na resztę od kioskarza, Łaski zaczął przeglądać całą gazetę. W pewnej chwili osłupiał. Na drugiej stronie w komunikacie MO o poszukiwaniu Góralczyka ujrzał… swoje zdjęcie!!! Setka myśli przebiegła przez jego głowę. Co się dzieje!? Dlaczego pojawiło się tam jego jego zdjęcie, robione rok wcześniej w zakładzie fotograficznym w Piotrkowie? Tego już nie mógł pojąć.

Komunikat opatrzony zdjęciem maszynisty brzmiał:
Komenda Wojewódzka MO w Łodzi poszukuje niebezpiecznego przestępcy Antoniego Jerzego Góralczyka, syna Antoniego i Józefy z domu Kaźmierczak, urodzonego 18 kwietnia 1948 r., zam. w Kosowie, gm. Moszczenica, pow. Piotrków Tryb. Dalej był rysopis poszukiwanego: Wzrost około 180 cm, średniej budowy ciała, włosy ciemnobląd, średniej długości z długimi bokobrodami. Na małym palcu lewej ręki widoczna blizna pooperacyjna. Góralczyk miał być ubrany w golf jasnogranatowy w poprzeczne pasy, jasne spodnie i półbuty brązowe. Komunikat informował, że Góralczyk w późnych godzinach wieczornych 12 czerwca 1974 r. dokonał zabójstwa kobiety na tle rabunkowym.

W strachu

Zdenerwowany i wystraszony Łaski szybko pobiegł do domu, a stamtąd na posterunek MO w Moszczenicy by wszystko wyjaśnić. To niemożliwe, aby taka pomyłka mogła się zdarzyć! – usłyszał od dyżurującego milicjanta. Za chwilę sam milicjant zdębiał widząc zdjęcie w gazecie identyczne z tym jakie pokazał Łaski w swoich dokumentach. Polecił więc jechać w tej sprawie do komendy w Piotrkowie.
Do Piotrkowa bał się jechać autobusem czy pociągiem. Postanowił jechać więc „okazją” by nie zostać „rozpoznanym”. Celowo zatrzymał „Żuka” na numerach olsztyńskich. W piotrkowskiej komendzie załatwił jedynie tyle, że milicjanci obiecali powiadomić jego przełożonych z pracy, że Łaski mordercą nie jest. Jeszcze tego dnia Hieronim Łaski wyruszył w trasę. W niedzielę 16 czerwca rano powrócił pociągiem do Piotrkowa. Następne 9 dni przebywał na zwolnieniu lekarskim – za namową przełożonego. Przez te dni nie wychodził z domu. Bał się mimo tego, że milicja w komunikatach zdjęcie „uaktualniła” wstawiając prawdziwą fotografię Góralczyka (na zdj.).


Mordercę znał. Obaj razem grali w drużynie piłkarskiej w Moszczenicy. Łaski był obrońcą, a Góralczyk bramkarzem i pełnił rolę „kierownika” zespołu. Pewnego dnia zimą 1973 roku Góralczyk poprosił wszystkich piłkarzy by przynieśli zdjęcia. Chciał im wyrobić legitymacje klubowe. Łaski przyniósł zdjęcie, ale legitymacji nigdy nie dostał, bo na Boże Narodzenie 1973 ożenił się i przestał chodzić do klubu. O zdjęciu zapomniał. Góralczyk wkrótce wyjechał na Śląsk. To właśnie to zdjęcie odnalazła zaraz po morderstwie milicja w domu matki Góralczyka…

Tymczasem w okolicy Moszczenicy po poszukiwanym Góralczyku ślad zaginął.

W mieście Łodzi, chlewni i na cmentarzu

W dniu zabójstwa Pietraszczykowej, 12 czerwca, około godz. 20, w mieszkaniu pewnej rodziny w Łodzi zjawił się młody mężczyzna – dawno nie widziany daleki krewny. Powiedział gospodarzom, że ma jutro imieniny i przywiózł pół litra spirytusu. Wypili, a gość przenocował. Następnego dnia u innych znajomych wypił resztę alkoholu, a gospodarzom sprzedał dwa zegarki – ponoć jeden, NRD-owskiej marki „Ruhle”, sprzedał za 100 zł.
Gdy po kilku dniach w prasie ukazał się komunikat MO w sprawie poszukiwania Góralczyka, łodzianie dopiero teraz dowiedzieli się, że gościli w swoim domu mordercę.

Tymczasem „wampir” ponownie pojawił się w okolicach Moszczenicy. 19 czerwca wieczorem w pobliskim Michałowie szukał schronienia w pewnym gospodarstwie w… chlewni. Czuł się pewnie bezpieczny, bo gospodarze zdążyli już nakarmić wieczorem trzodę. Jednak około godz. 22 właściciel gospodarstwa przypomniał sobie, że trzeba coś jeszcze zrobić w chlewni. Wyszedł z domu. Przekręcił kontakt od światła zainstalowany na zewnątrz chlewni, ale światło w chlewni nie zapaliło się. Myśląc, że spaliła się żarówka, wrócił do mieszkania po nową. Kiedy idąc z żarówką otwierał drzwi chlewni zauważył, że na znajdującym się wewnątrz stole ktoś stoi. W tej samej chwili tajemnicza postać rzuciła się na gospodarza z jakimś metalowym narzędziem w ręku, uderzając go w głowę. Gospodarz zdołał wybiec z chlewni i wtedy dostał drugi cios. Zaczął się bronić i wzywać pomocy. Wybiegła jego żona. Doskoczyła do napastnika, ale ten się wpadając z panikę wyrwał znikając w mroku pobliskiego lasu. Był to Góralczyk, który zdążył jeszcze ukraść z chlewni watowany serdak.
Morderca pojawił się ponoć także w pobliskim Srocku na cmentarzu. Tam napadł na idącą samotnie kobietę. Wyrwał jej z ręki koszyk w którym miała bochenek chleba i pół kilo kiełbasy.

Opowieści o pojawieniu się Góralczyka w okolicy, potęgowały tylko strach i obawę, że morderca może znowu zaatakować i dopuścić się najcięższej zbrodni. Jednocześnie z niecierpliwością czekano na wiadomość o jego zatrzymaniu.

„Czworo dzielnych ludzi”

W poniedziałek 24 czerwca, mieszkający w pobliskiej Kiełczówce 27-letni Jan Lipowski kopał fundament pod dom. W pewnej chwili zobaczył przechodzącego drogę mężczyznę trzymającego długą bułkę (angielkę) w ręku. Zwrócił na niego uwagę. – To chyba ten „wampir” co go ścigają – rzucił do kolegi. Obcy usłyszał to chyba bo przyspieszył kroku. Lipowski rzucił łopatą i idąc opłotkami ruszył za nieznajomym, ale niedaleko przejazdu kolejowego stracił go z oczu.
Tego samego dnia 50-letnia Leokadia Krawczyk pełniła służbę dróżnika na przejeździe kolejowym w Kiełczówce. Była godzina 14.30 gdy zauważyła przemykającego nerwowo polami człowieka w brudnym ubraniu, zabłoconych butach i długą bułką w lewej ręce. Prawą trzymał w kieszeni. Jeden z robotników kolejowych, którzy byli w pobliżu powiedział, że obcy wygląda na poszukiwanego Góralczyka. Nieznajomy przeszedł szybko między wagonami stojących pociągów towarowych i wszedł w pole zarośnięte żytem. Dróżniczka zawiadomiła szybko swego kolegę na stacji w pobliskich Babach, prosząc by zadzwonił na milicję. W tym samym czasie nadszedł Jan Lipowski, pytając się czy nie widziano podejrzanego osobnika, który pewnie jest poszukiwanym mordercą. Krawczykowa potwierdziła. Szybko wsiadła na rower i pojechała śladem obcego, żeby zobaczyć gdzie pójdzie. Lipowski wszedł zaś na ogrodzenie i stamtąd obserwował. Po chwili przybiegł 30-letni Stanisław Gębalski, technik kolejowy, którego Lipowski zaalarmował po drodze, a za chwilę brat Lipowskiego, 32-letni Józef. Wszyscy pobiegli za podejrzanym.
Nim przybyła milicja mieszkańcy Kiełczówki – bracia Lipowscy i Gębalski, w łanie zboża otoczyli mordercę. Obawiali się do niego podejść, bo trzymając prawą rękę w kieszeni groził, że ma nóż. Nie mógł już jednak uciec. Wkrótce został zatrzymany przez MO. Osadzono go w piotrkowskim areszcie. Przyznał się do zabójstwa a także do usiłowania zabójstwa gospodarza z Michałowa i napadu rabunkowego.

27 czerwca, trzy dni po zatrzymaniu Góralczyka, w Prokuraturze Powiatowej w Piotrkowie odbyła się uroczystość wręczenia nagród i dyplomów „czworo dzielnym ludziom” – jak ich nazwała ówczesna prasa. W imieniu Prokuratora Generalnego PRL nagrody Krawczykowej, braciom Lipowskim i Gębalskiemu wręczył Prokurator Wojewódzki.

Kolejna zbrodnia!

Dwa dni przed zabójstwem Pietraszczykowej w Kosowie zmarła 68-letnia kobieta, niejaka Gajdowa. Początkowo myślano, że zmarła z przyczyn naturalnych – od dłuższego czasu leczyła się na serce. Syn gdy znalazł ją martwą wezwał lekarza u którego się leczyła, a ten orzekł, że przyczyną śmierci były dolegliwości sercowe. Pochowano ją 13 czerwca, dzień po zabójstwie Pietraszczykowej.
Kilka dni po pogrzebie jej mąż zauważył, że zginął mu mundur kolejarski i kilka innych przedmiotów, a w szafie panował nieład. Zaalarmował więc milicję. Zarządzono ekshumację. Dopiero w Zakładzie Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Łodzi stwierdzono, że kobieta zmarła na skutek uduszenia. Podejrzenia od razu skierowały się na zatrzymanego już Góralczyka, tym bardziej, że Gajdowa była matką… jego chrzestnego ojca!
Przesłuchiwany ponownie Góralczyk przyznał się także i do tej zbrodni. Kobietę miał udusić w poniedziałek 10 czerwca, zaraz po tym jak przyjechał do Kosowa ze Śląska.

Alkoholik

Góralczyk uczyć się nie chciał – ukończył jedynie 7 lat szkoły podstawowej. Prace szybko zmieniał nie zagrzewając nigdzie dłużej miejsca. Pił nałogowo. Nie zmieniło się to nawet po zawarciu małżeństwa.
Już za młodu wchodził w konflikt z prawem. Gdy miał 19 lat skazano go na 2 lata pozbawienia wolności (w zawieszeniu wykonania kary na 3 lata) za włamanie do szkoły w Kosowie i kradzież kasetki z pieniędzmi. Oprócz tego popełnił kilka drobniejszych kradzieży.
Góralczyk został poddany badaniom psychiatrycznym, ale biegli nie stwierdzili u niego objawów choroby psychicznej, a jedynie choroby alkoholowej. Był nawet leczony z alkoholizmu w szpitalu psychiatrycznym w Warcie – nieskutecznie.

W połowie lipca prokuratura zakończyła śledztwo w sprawie „wampira z Kosowa”. Góralczykowi postawiono w sumie 10 zarzutów, w tym dwa zabójstwa i jedno usiłowanie, kradzieży i włamania.

Blisko półtora roku później, 23 grudnia 1975 roku, w prasie ukazał się komunikat Prokuratury Wojewódzkiej w Łodzi:
Antoni Jerzy Góralczyk został skazany na karę śmierci za popełnione w czerwcu 1974 roku na terenie byłego powiatu piotrkowskiego dwóch zabójstw na tle rabunkowym. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski. Wyrok został wykonany.

Przemysław J. Łaski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *