Zygmunt Różycki – Tu ona niegdyś była

I.

Tu ona niegdyś była! … O, miejsca prześwięte!
Przychodzę dzisiaj do was wichrem tęsknot gnany,
By popatrzeć na błękit słońcem wyzłacany,
Na świeże pola, ciszą południa objęte.

Tuśmy nieraz zrywali rudy szczaw i miętę,
Tu zbóż nam złoto-płowych falujące łany
Jasny hymn o miłości grały nieprzerwanej, –
Tuśmy nieraz schodzili na ścieżyny kręte

W pogoni za motylem lub polnym konikiem,
Który biegł, wyślizgując się wciąż z pod jej ręki,
Aby znowu się zaszyć w traw aksamit mięki…

O, przebóg! jeśli dzisiaj nie wybuchnę krzykiem,
Który przedrze tęsknotą niebieskie sklepienia,
To serce mi w kawały pęknie z odrętwienia!

II.

Tu ona niegdyś była! … Wszystko tchnie dokoła
Jakimś dziwnym zapachem, jak rozkwitłe sady,
A może tak wonieją jej stóp małych ślady
Wciśnięte tutaj niegdyś w rosą szklące zioła.

Tu ona niegdyś była!… Chmur przejrzyste koła,
Zielone wiązy, klonów złociste arkady
Jeszcze o niej mi szepcą minione ballady,
Jeszcze cały ją przestwór po imieniu woła.

Tu ona niegdyś była!… Oto z tego kopca,
Strojnego w rozchodniki, ślaz i macierzanki,
Patrzeliśmy, jak dziewki plotły z chabru wianki, –

A dzisiaj sam tu jestem – ona jest mi obca,
Tak obca, tak daleka, a tak ukochana,
Jak ta przestrzeń szafirów, nademną rozlana.

III.

Tu ona niegdyś była!… Wieczór swe modroty
Już rozsnuł hen na pola i na nieb otchłanie,
Zdala żab przyciszone płynie rechotanie,
W zbożach świerszcze już szepcą swe dziwne tęsknoty.

Tu ona niegdyś była!… To wieczoru granie
Wchłaniała w białą pierś swą – a nad nią swe loty,
Z za wzgórz wyjrzawszy, księżyc rozpościerał złoty
I tkał jej swe bieluchne, świetliste posłanie.

Tu ona niegdyś była jasna, uśmiechnięta,
Pełna dziwnej ekstazy i dziwnej pogody,
Nie pomnę, jak to dawno, – lecz łan zbóż pamięta –

I pamiętają wszystkie rozszumione wody,
Co nas srebrnem, ożywczem kołysały tchnieniem,
Gdym ją drżącą miłosnem oplatał ramieniem.

IV.

Tu ona niegdyś była!… O, jak bór ten dysze
Świetością młodych jedlin i żywicznem tchnieniem,
Każda mała gałązka jest mi przypomnieniem
Jej miłości, co krwią się dziś w mem sercu pisze.

Stoję smutny pod leszczyn zielonem sklepieniem
I czekam, czekam drżący, żali nie usłyszę
Jej kochanego głosu, co mdłą przedrze ciszę
I przybieży tu do mnie z nowem pozdrowieniem.

Czekam drżący i patrzę w bór zielono-szary,
W paprocie rozłożyste, w gąszcz splątanych krzewów,
Pełen brzęku owadów i ptaszęcych śpiewów…

Może nagle zadrgają szumiące chojary
I wychyli się z za nich jej postać marzona,
By znowu tak, jak dawniej, upaść mi w ramiona.

V.

Pilico, dziś przychodzę na twe srebrne piaski
Ja tułacz roztęskniony i pielgrzym zbłąkany,
By w świetem twojem tchnieniu zmyć swój ból rany,
By prosić miłosierdzia, żebrać twojej łaski!

Przychodzę dziś, Pilico, po latach do ciebie
Zgrzybiały, nędzny starzec, chociaż wiekiem młody,-
O, szumcie mi! O, szumcie rozsrebrnione wody!
Niech śpiew wasz moje serce martwe rozkolebie!

O, szumcie mi! O, szumcie o jej przyszłym losie,
Niechaj szum wasz dalekie przestrzenie przeszywa,
Ja poznam po tym szumie, poznam po tym głosie,

Czy tęskni jeszcze po mnie i czy jest szczęśliwa,
Czy, mgłami przeznaczenia od tych stron odcięta,
O naszem miłowaniu jeszcze dziś pamięta?

VI.

Pilico srebrna, niebios krysztalny namiocie,
Wzgórza, pola i łąko i ty smreczyn borze
Powiedzcie jej, że duch mój wciąż miłością gorze,
Powiedzcie, że topnieje w obłędnej tęsknocie!

I powiedzcie, że w życia upojnym zawrocie
Przed żadną, żadną inną nie klęknę w pokorze,
Bo raz się tylko w życiu kogoś kochać może,
Tylko raz w niepojętej omdlewać pieszczocie!

I powiedzcie jej jeszcze, że chciałbym przed skonem
Tylko raz ją zobaczyć chociażby z daleka
Spokojną i radosną, z licem uśmiechnionem –

A później niech mnie śmierci czarna mgła powieka,
A później niech świat runie w ogniste bezedno,
A później, ach! a później jest mi wszystko jedno!

Zygmunt Różycki, 1911

(wiersz ukazał się w tomiku „Wybór poezji” Różyckiego, wydanym w Warszawie w 1911 roku, z przedmową Kazimierza Przerwy-Tetmajera).

Zygmunt Różycki (1883 – 1930) – poeta, tworzący lirykę modernistyczną. Był synem Jana Różyckiego i Filomeny z Zielińskich. Jego ojciec był z zawodu notariuszem i w latach 1884 – 1912 mieszkał i pracował przy Sądzie Okręgowym w Piotrkowie Trybunalskim i Tomaszowie Mazowieckim. W Tomaszowie Zygmunt spędził dzieciństwo i wczesną młodość, został zapamiętany tam jako parodysta i aktor. Willa Różyckich znajdowała się przy ul. Św. Antoniego 24. Wyjechał stamtąd w 1900 roku, dostając pracę urzędnika w Warszawie. Do Tomaszowa i jego okolic powracał w swoich utworach. Zmarł w przytułku dla osób chorych i bezdomnych w Pabianicach. W powyższym erotyku Różycki wspomina swą ukochaną i miłość do niej, na tle malowniczych nadpilicznych pejzaży.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*