Tajemnicze zabójstwo małżeństwa Bettów w Piotrkowie

W niedzielne popołudnie, 1 sierpnia 1897 roku, jeden z synów znanego powszechnie w Piotrkowie, wiekowego już małżeństwa żydowskiego Zygmunta i Salomei Bettów, przyjechał z Łodzi do Piotrkowa, zaniepokojony o rodziców, którzy od kilkunastu dni nie odpowiadali na jego listy. Bettowie mieszkali na pierwszym piętrze domu żydowskiej rodziny Dessau w pobliżu Hotelu Krakowskiego. Należeli do sfery inteligentniejszych żydów w Piotrkowie, ale od czasu wydania córki za chrześcijanina, nie cieszyli się sympatią wśród niektórych współwyznawców.

Młody Bette po przybyciu na miejsce zastał drzwi do mieszkania rodziców zamknięte. Zaniepokoił go jednak wydobywający się z wewnątrz niemiły zapach. Sąsiadka Bettów, zapytana o rodziców, objaśniała go, że rodzice jego pewnie wyjechali na letnie mieszkanie, tak jak mówił jej ich lokaj Andrzej, który również wyjechał na parę tygodni do swej rodziny. Młody Bette sprowadził więc ślusarza, który drzwi otworzył, lecz wtedy z mieszkania buchnął taki zapach, że wejście tam nie było możliwe. Wiadomo już było, że zdarzyło się najgorsze.

Sprowadzona policja i lekarz zarządzili natychmiastową dezynfekcję, a wchodząc do mieszkania ujrzeli straszny widok. Na łóżku przykryty pierzyną leżał trup Bettowej, w stanie daleko posuniętego rozkładu. Trup jej męża w podobnym stanie leżał w szafie z ubraniami. Zwłoki zaczęły już toczyć robaki. Ślady krwi odkryte przez śledczych na futrynie okna świadczyły, że jedna z ofiar próbowała wzywać pomocy.

Sądząc ze stanu w jakim znaleziono trupy, z ostatniej kartki kalendarza ściennego, z gazet i listów znalezionych w puszce, zbrodni dokonano w nocy z 15 na 16 lipca, więc od śmierci Bettów do ich ujawnienia zwłok minęło dokładnie 17 dni. A był to środek lata! Rodziło się więc pytanie, dlaczego tak wstrętny odór zgnilizny napełniający niewątpliwie całą zamieszkałą kamienicę, położoną w ludnej części miasta, nie zwrócił niczyjej uwagi przez prawie trzy tygodnie. Dlaczego nie zastanawiano się nad źródłem jego pochodzenia, które tym łatwiej można było wykryć, iż okno od mieszkania Bettów na pierwszym piętrze było wciąż otwarte. Pewnym wytłumaczeniem mogło być to, że Bettowie rzeczywiście planowali wyjazd, o czym dobrze wiedzieli współlokatorzy domu. Mieli udać się na kurację za granicę. Dali nawet wolne służącej. Nikt nie zdziwił się więc, gdy 16 lipca zastano mieszkanie Bettów zamknięte. Sądzono, że Bettowie już wyjechali. Niemiły zapach zaś, nie był być może w tamtych czasach rzeczą, aż tak zwracającą uwagę wśród mieszkańców piotrkowskiej starej żydowskiej kamienicy.

Śledczy zaczęli zastanawiać się nad motywem zbrodni. Ustalono, iż w pewnym sensie był on związany z planowanym wyjazdem Bettów. Z zeznań ich współwyznawców, wiadomo było, że zamordowany Bette tuż przed śmiercią odebrał z banku sporą ilość gotówki, zapewne przeznaczonych na wyjazd, natomiast Bettowa, grubsze pieniądze nosiła zawsze na piersiach. Być może gotówka ta była powodem zbrodni. Po Piotrkowie szybko rozeszła się wieść o tajemniczej zbrodni, a miasto ogarnął strach tym bardziej, że w pobliskich dniach, zamordowano w pobliżu miasta dziewczynę, znaną z niemoralnego życia. Ludzie obawiali się, że w okolicy grasuje seryjny morderca.

Ale śledczy byli innego zdania. Pełniący obowiązki policmajstra w Piotrkowie porucznik Stepanow pierwsze podejrzenie rzucił na służącego Bettów Andrzeja Buszkiewicza, którego w sobotę, dzień przed ujawnieniem zwłok, podobno ostatni raz widziano w mieście. Pochodził on z powiatu brzezińskiego i od czasu wyjazdu z Piotrkowa przebywał tam u rodziny i krewnych. Stepanow wysłał więc do powiatu brzezińskiego starszego strażnika Muszyńskiego, by ten trafił na ślad służącego Bettów. Strażnik ustalił na miejscu, że Buszkiewicz żył tam zbytkownie nie żałując pieniędzy dla znajomych i obcych. W ostatnich dniach miał jednak wyjechać do Łodzi. Muszyński odnalazł ponadto u rodziny Buszkiewicza i jego dziewczyny zamieszkałej w Brzezinach kosztowności, które syn zamordowanych rozpoznał jako należące do jego rodziców. Podejrzenia Stepanowa okazały się więc trafione.

W tej sytuacji Muszyński udał się do Łodzi i przy pomocy tamtejszej policji wieczorem 7 sierpnia odnalazł i zatrzymał podejrzanego o zbrodnię. Mordercę, okutego w kajdany, przewieziono do Piotrkowa. Buszkiewicz szybko przyznał się do zbrodni i jako wspólnika wskazał służącego poprzednio u Bettów Franciszka Ryglewskiego, obecnie garsona w Hotelu Polskim w Piotrkowie. Zatrzymany Ryglewski również przyznał się do winy.

Śledztwo prowadzone w sprawie Bettów zakończyło się w styczniu 1898 roku postawieniem aktu oskarżenia. W połowie lutego w Sąd Okręgowy w Piotrkowie stwierdził winę oskarżonych Andrzeja Buszkiewicza i Franciszka Rygielskiego, skazując pierwszego na 12, a drugiego na 10 lat ciężkich robót, a następnie na dożywotnie osiedlenie na Syberii.

Przemysław J. Łaski

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*