Rozciąganie dzieci… czyli dawne sposoby leczenia w piotrkowskiem

Troska o zachowanie zdrowia od najdawniejszych czasów była czynnikiem na tyle ważnym, że każdy, w miarę własnego rozumu, wysilał umysł, ażeby odsunąć od siebie jak najdalej widmo choroby, kalectwa lub śmierci. Człowiek światły szukał pomocy w nauce, u lekarzy. Człowiek prosty natomiast, najczęściej mieszkaniec wsi, nie mogąc zrozumieć przyczyny powstawania wielu chorób i rozróżnić ich między sobą, widział w nich czynnik pozamedyczny i szukał pomocy w swoim otoczeniu, w zabiegach, metodach nie mających nic wspólnego z medycyną.

Ludność wiejska jeszcze w XIX wieku przyczyn niewielu chorób tłumaczyła sobie we właściwy sposób, zgodny z ówczesną wiedzą naukową. Choroby wiązano najczęściej z jakimś wydarzeniem, które krótko przed chorobą miało miejsce, choć w rzeczywistości nie miało z nią najmniejszego powiązania. Gdy przy wiejskiej kobiecie pochwalono urodę jej dziecka, ona nierzadko pochwałę tę wzięła za przyczynę choroby, jeżeli taka w krótkim czasie potem nastąpiła u jej dziecka, a kumoszki zapewniające, iż „dziecko zostało uroczonem” natychmiast brały się od odczyniania uroku. Dochodziło wtedy do tajemniczych szeptów nad dzieckiem, kabalistycznych (mistycznych) ruchów rąk, okadzania i zaklęć, które miały okazać się skutecznymi środkami do uzdrowienia dziecka. Czasami też taki urojony urok „udało się unieszkodliwić” w chwili jego rzucania przez trzykrotne splunięcie oraz powiedzeniem słów „na psa urok”. Urok udało się wtedy skierować w inną stronę i odwrócić do siebie. Ale to nie wszystko. Jeżeli wkrótce po takim splunięciu ktokolwiek nadepnął w to miejsce, urok z całą mocą pierwotnej siły kierował się ku niemu. To dopiero było źródło do „uszczęśliwiania” nim osób niekoniecznie lubianych. Wystarczyło ich wszakże zaprosić do izby po takim misterium odczyniania uroku i upilnować by znaleźli się w takim „przeklętym” miejscu. Jeśli dziecko wyzdrowiało, najczęściej z naturalnej przyczyny, matka, będąc pewna, iż udało się jej odwrócić urok od swego dziecka, zaczynała przekonywać niedowierzających o skuteczności swoich metod leczniczych utrwalając zabobon wśród mieszkańców wsi.

Jeżeli uroczenie jako przyczynę choroby dziecka dało się wykluczyć, wtedy matce nasuwała się myśl, czy nie zaszły może jakieś „zboczenia” w położeniu jego małych narządów i czy nie są one istotną przyczyną jego choroby. Kwestię tę rozstrzygały zwykle „specjalistki” od tego rodzaju chorób, które stawiały diagnozę różnych „zboczeń” położenia, a wtedy los takiego dziecka był nie do pozazdroszczenia. Na szczęście nie chodziło o słynne wsadzanie dziecka do pieca na trzy zdrowaśki, jak opisywał Bolesław Prus w noweli Antek, ale i tak kumy sprawiały, że cierpieniom dziecka nie było końca. Szybko też przystępowano do „skutecznego” leczenia i biedne dziecko stawało się niewinną ofiarą fanatyków zabobonów lub przebiegłych dusicieli grosza. Dziecko mierzono we wszystkich kierunkach, rozciągano mu każdy staw i członek jego ciałka, potrząsało się nim, ciągnęło za włosy w celu naprowadzenia ciemienia we właściwe miejsce i zadawało się mu jeszcze tysiące innych męk i udręczeń, których nawet lepiej nie przytaczać, najczęściej ze szkodą dla maleństwa.

Z nastaniem okresu ząbkowania u dziecka wszystkie jego choroby sprowadzano się do tej jedynej przyczyny. Konwulsje, zapalenia kiszek, a nawet płuc i mózgu stawiano za pokłosie wyrzynania ząbków. Jednak, gdy choroba dziecka coraz bardziej dawała o sobie znać i kiedy rodzice, spostrzegłszy swój błąd, zawieźli je do lekarza, to często już po to tylko, by usłyszeć wyrok niechybnej śmierci.

Za częsty czynnik w powstawaniu wielu chorób uważano także robaki, którym przypisywano te same przypadłości i zaburzenia, które u młodszych dzieci przypisywano ząbkowaniu. Stosowano na nie gliśnik, bardziej znany współcześnie pod nazwą glistnik jaskółcze ziele, roślinę silnie trującą, oraz santoninę (związek organiczny będący pochodną naftalenu). Nie były to środki obojętne dla organizmu, miały działania uboczne, więc ich działanie powodowało często pogorszenie stanu rzeczywistej choroby.

Dorośli chorowali na różnorodne choroby: morzysko, zapalenie krwi, kołtun, róża, różnego rodzaju kolki i zapalenia. Stosownie do tego i wachlarz środków lekarskich był znacznie bogatszy i większy.

Pierwszą pomoc chory otrzymywał najczęściej w domu według stereotypowej formy w postaci środków przeczyszczających i wymiotnych. O ile te pierwsze, jeśli stosowane oględnie i bez przesady, nigdy prawie nie przynosiły szkody choremu, to środki wymiotne przeciwnie – użyte w niewłaściwym czasie i pochopnie, często pogarszały stan chorego i przyczyniały się do szybkiej straty sił chorego organizmu. Najczęściej przeczyszczająco używano olej. Na równi ze środkami wymiotnymi i przeczyszczającymi bardzo szerokie zastosowanie w medycynie ludowej znalazła china (obecnie znana bardziej pod nazwą chinina) do pomocy której uciekano się we wszystkich stanach gorączkowych, mających podobieństwo z febrą. Popularność w wiejskich aptekach miała takie anodyna, czyli mieszanina eteru tzw. siarczanego ze spirytusem (roztwór alkoholu etylowego i eteru etylowego), zwana też „wyskokiem eteryczno-siarczanym”. Krople te stosowane bywały przy wszystkich chorobach, gdy widoczny był brak sił i osłabienie. Z biegiem jednak czasu anodyna straciła swój pierwotny charakter leku i używana była jedynie dla swego przyjemnego i upajającego działania. W ten to sposób narodził się wśród prostego ludu nałóg anodynizmu. Władze co prawda zwróciły uwagę na wielką szkodliwość nadużywania anodyny i zabroniły sprzedaż tego „leku” bez recepty lekarza, ale rozporządzenia tego ściśle nie przestrzegano.

Przeciwko wszelkiego rodzaju kolkom, darciom, ziębieniom, kaszlom i zapaleniom stosowano tzw. cięte bańki. Stawianie takich baniek było uznawane za alternatywny sposób leczenia wobec przystawiania pijawek lekarskich. Stosowane cięte bańki były formą krwioupustów, szeroko rozpowszechnionej metody leczniczej mającej za zadanie „odciąganie” „złej krwi”. Przed postawieniem baniek ciętych skóra była płytko nacinana, dzięki czemu krew zasysano do wnętrza stawianej nad nacięciem bańki. Ilość użytych baniek zależała nie od rzeczywistej lub urojonej potrzeby, lecz bardzo często jedynie od zamożności chorego człowieka. Biedaka stać było ledwo na 10 baniek, a względnie zamożniejci mogli sobie pozwolić nawet na 50. Za odpowiednią zapłatą bańki cięto podwójnie i w ten sposób kwitł niecny handel krwią i zdrowiem ludzi, a cięte bańki zaczęły pełnić rolę wcześniejszego puszczania krwi z żył na cele handlowe. Praktykę tę uskuteczniali owczarze lub dymisjonowani wojskowi konowałowie – puszczali krew z ręki, z nogi, z głowy i z innych części ciała w dowolnej ilości, stosownie do zapłaty. Bywały i takie wypadki, że sam chory starał się wykorzystać takiego pseudo-lekarza i kazawszy puścić sobie krwi za drobną sumę, wyszedłszy od niego, zdejmował opatrunek i sam potem był sobie jej dysponentem.

Kiedy cały powyższy arsenał leków domowych pozostał bezskuteczny, a bańki lub puszczanie krwi nie pomogły, chory zaczynał szukać pomocy poza domem i udawał się po poradę do owczarza, felczera, aptekarza i dopiero na końcu do lekarza którego, nawiasem mówiąc, brakowało nawet w wielu miasteczkach nie mówiąc już o wioskach.

W XIX wieku owczarz, najęty po dworach do opieki nad stadami owiec, często człowiek stary i tajemniczy, był osobą szczególnie szanowaną w wiosce. Owczarza uważano za znachora i wierzono, iż zna się na urokach i umie je zadawać. Ci oczywiście wykorzystywali taka sytuację, wynajdywali coraz to nowe kombinacje lecznicze, a zaślepieni ludzie pozwalali dawać sobie najobrzydliwsze lekarstwa i sięgać do dna kieszeni, która jednak zamknięta była gdy przychodziło wydać pieniądze na lekarstwa i prawdziwego doktora. Koszt kuracji zalecanej przez owczarzy w najlżejszych nawet chorobach wynosił co najmniej kilka rubli, jak tłumaczono, z powodu mnóstwa środków wchodzących w skład lekarstwa. Niektóre rady udzielane przez owczarzy wywołują dziś śmiech. Oto niektóre z nich: przy żółtaczce należy się przeglądać w patynie kościelnej, przy zapaleniu pęcharza moczowego – zawartość jego opróżniać na miotłę, przy urodzeniu dziecka pozornie nieżywego – wyrąbać próg w izbie, zastrzał pod paznokciem rozpędzać wystrzałem z klucza nabitego prochem, przy jąkaniu się uderzać głową o ścianę, przy konwulsjach zakopać odzież pod krzyżem na rozstajnych drogach, przy wściekliźnie łykać kartki zapisane jakimiś zaklęciami.

Dobroczynny wpływ oświaty i nauki wykorzenił z biegiem lat przestarzałe przesądy i kontrowersyjne sposoby leczenia będące nieodłączną częścią medycyny ludowej, choć wiele z elementów medycyny ludowej przetrwało do dziś (np. stawianie baniek czy ziołolecznictwo). Medycyna ludowa jest w dzisiejszych czasach bezpieczna i przeważnie już tylko wspomaga leczenie farmakologiczne.

Przemysław J. Łaski

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*