Trafiłem do Bogusławic przez wojsko i wojnę – przedwojenne losy Andrzeja Osadzińskiego

Konie były jego miłością od dziecka. Urodził się 1 maja 1919 roku pod Tarnowem. Jeździć zaczynał bardzo wcześnie, jako młody chłopak. W pamięci pozostał mu koń „Syzyf”, na którym jeździł w Bogusławicach przed II wojną światową, kiedy zawitał tam na jeden dzień. Jego pasją było też wojsko. Jeszcze w szkole przysięgał z kolegami, że wszyscy pójdą do wojska – na trzydziestu dwóch, słowa miało dotrzymać tylko osiemnastu uczniów – jak wspominał.

Jego ojciec, Roman, oficer 8 Pułku Ułanów, choć początkowo nie chciał słuchać o wojskowych planach syna, w końcu jednak zgodził się, lecz zastrzegł, że nie uzyska w tym kierunku od niego żadnej pomocy. Osadziński chciał oczywiście zaciągnąć się do kawalerii, ale nie dostał się tam. Pozostała dla niego piechota, która nie za bardzo mu odpowiadała, ale nie było już honorowo wycofać się z wcześniej danej przysięgi. Osadziński trafił więc do szkoły podchorążych w Poznaniu, a po jej skończeniu poszedł do Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

W 1939 roku, w czasie pierwszej mobilizacji Osadziński trafił do 57 Pułku Piechoty gdzie był dowódcą plutonu. Po kilku tygodniach, jak sam mówił, zaryzykował składając podanie o przeniesienie do szkoły podchorążych w Grudziądzu. Od tego momentu zaczął się jego prawdziwie koński życiorys. Rozpoczął się on manewrami w 8 Pułku Ułanów i wymarszem na wojnę. Po wielu latach pamiętał nawet konia na którym walczył. Była to „Freja” – wspaniała klacz. Zginęła w czasie ostatniej walki w kampanii.

Wracając z kampanii wrześniowej zajrzał ponownie do Bogusławic, gdzie przedtem był tylko jeden dzień. Teraz postanowił zostać tu na dłużej, pracując jako masztalerz. W Bogusławicach w początkach okupacji niemieckiej było około 200 koni (przywiezionych z Niemiec). Bardzo wielu wojskowych w czasie wojny znajdywało schronienie w stadninach – jak wspominał. Byli to żołnierze zarówno z kawalerii jak i artylerii. Praca w stadninie chroniła ich przed wywiezieniem na roboty i dawała gwarancję bezpieczeństwa. Niemcy bardzo dbali o konie i cenili tych, którzy mieli z nimi do czynienia. Konie były im potrzebne do planowanej ekspansji na Wschód. Jednocześnie pracownicy stadniny, nie podejrzewani przez Niemców, pracowali w podziemnych organizacjach. Wydało się to dopiero pod koniec wojny i wtedy dochodziło do czystek, więc wielu zaczęło uciekać. W 1944 roku Osadziński opuścił Bogusławice uciekając do lasu, do partyzantki, do Armii Krajowej.

Do Bogusławic wrócił ponownie w 1951 roku, już jako dyrektor stadniny, zostając tam do końca swoich dni, do 1989 roku.

PJL

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*