Iracki dramat – wspomnienia z wojny [drastyczne zdjęcia – TYLKO DLA 18+]

Pax Americana. O tym, jak wespół z Wujem Samem tworzyliśmy Państwo Islamskie

 

– Każdy, kto decydował się na wyjazd do Iraku, robił to wyłącznie dla pieniędzy. Nikogo nie obchodziła propagandowa papka, którą serwowały ludziom media o tzw. misji stabilizacyjnej i niesieniu demokracji uciemiężonym przez reżim – mówi Robert, uczestnik jednego z polskich „rzutów” do Iraku, mieszkaniec powiatu piotrkowskiego. – To była nasza wspólna decyzja – moja i żony – opowiada nasz rozmówca. Gdybym jednak zapytał Renatę miesiąc lub, co gorsza tydzień przed wyjazdem, z pewnością by mnie nie puściła… Każdy kolejny dzień, który przybliżał wyjazd był dla nas prawdziwym sprawdzianem.
– Kto jechał do Iraku? Tylko ochotnicy. Wbrew temu, co się wcześniej mówiło o rekrutacji, nikt nikogo nie zmuszał, przynajmniej u nas w Tomaszowie, no, może poza oficerami, którzy rzeczywiście wyjścia nie mieli…

Przed wyjazdem krótki instruktaż, co wolno, a czego nie w krajach arabskich, na co należy zwrócić szczególną uwagę, bo później już tylko same poligony. W tym względzie przypominało to trochę fragment filmu „9 kompania” z 2005 r. Fedor’a Bondarchuk’a.
– Na misję jechała zbieranina z różnych jednostek, dlatego tak ważne było dobre zgranie. Od tego przecież w warunkach bojowych zależało życie – tłumaczy Robert.
– Lot trwał kilka godzin, po czym wylądowaliśmy jak poprzednie zmiany – w Kuwejcie. Nagła zmiana klimatu, zamiast powalić, nie zrobiła na mnie wrażenia. Spodziewałem się upału, a tu nawet trochę pokropiło i temperatura była całkiem znośna. – Mieliśmy podwójne szczęście – załapaliśmy się na misję w miesiącu, kiedy jeszcze nie przypieka i był czas na aklimatyzację. Po drugie, z lotniska do bazy polecieliśmy śmigłowcami, inaczej niż nasi poprzednicy, którzy zwykle kilkadziesiąt kilometrów musieli tłuc się ciężarówkami.

– Talil, to duża amerykańska baza. Jankesi mieli tam dosłownie wszystko. Takiej masy sprzętu zgromadzonego w jednym miejscu, jak żyję, nie widziałem, o organizacji nie wspominając. Nawet za trzydzieści lat nie dorównamy im pod tym względem, choć uważam, i nie jest to tylko moja odosobniona opinia, że wyszkoleniem przewyższamy Amerykanów. Nasz żołnierz, zgodnie z oklepanym powiedzeniem, że „Polak potrafi” umie prawie wszystko, bo musi sobie radzić. W armii amerykańskiej każdy odpowiada za bardzo wąski zakres czynności, lub też zna się tylko na jednej rzeczy, co w sytuacjach bardziej złożonych może powodować trudności. My, na przykład, nie mieliśmy żadnych problemów, gdy trzeba było zamontować na wozie patrolowym sprzęt większego kalibru ściągnięty z transportera opancerzonego. Polska armia jest świetna, ale ma jeden zasadniczy problem – za mało pieniędzy.

Baza

– Ostatecznie zakotwiczyliśmy w Diwanii (Al Diwaniyah), gdzie znajdowały się nasze główne siły. Obóz, tutaj z angielskiego zwany camp’em, składał się z metalowych izolowanych styropianem kontenerów usytuowanych blisko siebie i zaadaptowanych na mieszkania. Jak na warunki polowe było tam całkiem wygodnie, ponadto (to duży plus) codziennie istniała możliwość kontaktu z rodzinami w Polsce. Kłopot w tym, że blisko naszych „domów” rozlokowane były również potężne zbiorniki z paliwem, natomiast amerykańskie siły szybkiego reagowania oddalone o 80 km – relacjonuje Robert. – Nie wiem, dlaczego nikt o tym wcześniej nie pomyślał. Przecież wystarczyłoby, żeby kilku, nawet średnio przeszkolonych partyzantów z trzema, czterema moździerzami rozlokowało się w nocy nieopodal i przez 20 min. poprowadziło celny ostrzał. Zanim zdążylibyśmy się zorientować skąd strzelają i odpowiedzieć ogniem, zdziesiątkowaliby nas, jeśli nie wytłukli do nogi. To było właśnie najgorsze – stres związany z permanentnym zagrożeniem. Z tym, że kładziesz się spać i możesz się już nie obudzić. Każdy jednak wiedział na co się pisze. To wojna. Bywało, że pomagaliśmy sobie alkoholem, by choć na chwilę się wyluzować i zagłuszyć tęsknotę za rodziną. To oczywiście niezgodne z regulaminem, jednak ze zdobyciem wódki, jeśli ktoś naprawdę tego chciał, nawet w Iraku, nie było żadnego problemu…

– Na misji, bez względu na stopień, wszyscy są sobie równi – zupełnie inaczej niż w jednostce. Tutaj w sytuacji realnego zagrożenia pierwszorzędną sprawą jest wzajemne zaufanie. Niestety były wyjątki. W Diwanii nadgorliwi polscy żandarmi urządzali podłe prowokacje. Jak opowiadali koledzy z poprzednich zmian, nie mając prawa wstępu do naszych kwater, obrzucali kamieniami kontenery czekając z alkomatem na wybiegających do schronów. A przecież nikt, kto wiedział, że na drugi dzień będzie miał służbę, nie odważyłby się wypić. Poza tym jeśli się już piło, to naprawdę w niewielkich ilościach. Niestety, wielu dobrych chłopaków przez alkohol cofnięto do kraju – wspomina z żalem nasz rozmówca.
– Dodam jedynie, że kiedy Włosi stacjonowali w Iraku, mieli nie tylko legalny alkohol, ale nawet swój „burdel”, o czym media nie informowały, bo to nie licowało z mesjanizmem misji.

Piekło

– Już w drugim dniu po przyjeździe byłem świadkiem sceny, której nigdy nie zapomnę. Z amerykańskiego i polskiego szpitala zaczęliśmy dostawać naglące sygnały z prośbą o pomoc. Były zamieszki w Nadżafie, byli ranni i zabici. Pojechaliśmy. Mieliśmy zająć się odtransportowaniem rannych. Na noszach niosłem dziewczynkę i jej brata. Ona miała ok. 10 lat i była strasznie okaleczona, wszędzie pełno krwi, chłopiec, może 3-letni już nie żył. Leżał z drugiej strony noszy. Przeżyłem wtedy wstrząs, bo sam jestem ojcem…
– Kiedy patrzy się na te okropności, w człowieku coś pęka. Jadąc do Iraku wiedziałem, że będę świadkiem takich scen, oraz że mogę znaleźć się w sytuacji, kiedy sam będę musiał strzelać do ludzi, jednak trudno było to sobie wyobrazić. Kiedy opuszcza się spokojną, bezpieczną Europę i wjeżdża do Iraku – kraju kulturalnie zupełnie odmiennego, w dodatku ogarniętego wojną, wjeżdża się do innego świata…

– Pewnego dnia, „stojąc na bramie”, widziałem jak przywieziono do szpitala dziewczynkę – młodą, śliczną nastolatkę, prawie jeszcze dziecko. Na nogach stare blizny oparzeniowe, na klatce piersiowej nowa straszna rana od wrzątku. Okazało się, że dziewczynę okaleczył własny ojciec. Po prostu wyładował na córce swoją złość. W rodzinach irackich dosyć często to się zdarzało. Syn jest nietykalny, bo zbyt cenny, żona również, ponieważ w przeciwnym razie jej bracia szybko by ją pomścili, natomiast córka jest zupełnie bezbronna, na łasce i niełasce ojca. – Byłem zrozpaczony, a jednocześnie wściekły. Wiedziałem teraz, że w razie potyczki ręka mi nie zadrży, tak jakby nie zadrżała, gdybym miał wykonać egzekucję na tym zwyrodnialcu.

– Choć to bardzo trudne, na wojnie nie można pozwolić sobie na emocje, bo przesłonić mogą realną ocenę sytuacji i tym samym sprowadzić śmiertelne niebezpieczeństwo na kolegów lub cywilów. Tak było w przypadku amerykańskiego patrolu, który dostał się w mieście pod silny ostrzał. Po kilku minutach wymiany ognia Amerykanie zorientowali się, że strzelając bezmyślnie w panice, gdzie popadnie, wywalili prawie wszystką amunicję. Wezwali nas więc przez radio. Ruszyliśmy do akcji. Kiedy dojeżdżałem na miejsce, walka przygasała. Jeden z polskich oddziałów, który dotarł tam wcześniej, punktowo ostrzelał domy. Chłopaki posłali w gliniane chałupy trzy pociski z RPG (ręcznego granatnika przeciwpancernego produkcji radzieckiej – przyp. M.G.), a później jeszcze kilka serii z broni automatycznej, i spokój. Innym razem Amerykanie rozwalili całe wesele, bo sądzili, że strzelający na wiwat to bojownicy…

Codzienność

Polacy od 2003 r. kontrolowali środkowo-południową częścią kraju, początkowo zwaną górno-południową, obejmującą prowincje Nadżaf, Al-Kadisijja, Karbala, Babil oraz Wasit, o łącznej powierzchni 65 632 km kw., zamieszkałej przez 4 955 tys. mieszkańców. Główne miasta polskiej strefy to Karbala, Al Hilla, Al Kut i Diwanija. Obszar ten stale się jednak kurczył. W kwietniu 2004, wobec nasilenia walk w części polskiej strefy, przekazano pod administrację amerykańską prowincję Nadżaf, co spowodowało redukcję strefy środkowo-południowej do 28 655 km kw., a jej liczbę ludności do 3 089 tys.

Ideą misji było przekazanie w przyszłości kraju Irakijczykom, w związku z tym główne zadanie Polaków opierało się na szkoleniu wojsk irackich i utrzymywaniu porządku na podległym sobie obszarze.

– Codziennie wyjeżdżaliśmy na patrole, chociaż każdego dnia inna grupa – mówi Robert. Cztery hummery plus karetka – standard. Patrolowało się miasto. Przygnębiający widok. W centrum, gdzie mogłoby się wydawać utrzymany powinien być względny porządek, brud niepospolity, ścieki płynęły rynsztokami, bo wszystkie nieczystości z domów wywalane były na ulice. Zwykli ludzie bardzo uprzejmi, pod warunkiem jednak, że coś dostali. Mogła to być nawet drobnostka. Trzeba było być jednak ostrożnym, szczególnie wobec dzieci, do których przecież w Polsce ma się niemal bezgraniczne zaufanie… Dlatego, kiedy przejeżdżaliśmy przez miasto, broń krótką mieliśmy w stałym pogotowiu. Gdyby na przykład próbowano wrzucić granat do środka, automatem z samochodu strzelać niewygodnie – dopowiada.

– Iracka policja była strasznie sprzedajna, dlatego niepewna i niebezpieczna, żołnierze z kolei oddani. Społeczeństwo bardzo podzielone. Od wieków szyici przeciw sunnitom, i mimo, że kraj leży na ropie – wielka bieda. Wprawdzie byłem tam nieco ponad pół roku, lecz sporo widziałem i jestem przekonany, że nigdy w kraju arabskim nie da się zaprowadzić demokracji na wzór europejski czy amerykański. To nie defetyzm, a realizm. Sens naszej misji był roponośny, szkoda tylko, że nie dla Polski. Prostemu żołnierzowi pozostawało się cieszyć, że wcześniej będzie mógł spłacić zaciągnięty kredyt, dołożyć do kupna mieszkania bądź sprawić sobie nowy samochód. Pod warunkiem, że wróci. Ostatecznie wdowa mogła liczyć na odszkodowanie. Ja w każdym razie nigdy już tam nie pojechałem – mówi Robert.

To tylko jedna z tysięcy opowieści polskich żołnierzy przebywających na misjach „stabilizacyjnych”, „szkoleniowo-stabilizacyjnych”, „szkoleniowo-doradczych” lub „doradczo-szkoleniowych” w Iraku w latach 2003-2008, która jako jedna z nielicznych zyskała szansę ujrzeć światło dzienne. Pamiętajmy o tym, gdy będziemy słuchać w mediach o kolejnych zamachach terrorystycznych w Europie. Ku chwale ojczyny! – amerykańskiej, rzecz jasna.

Marek Gajda

Imiona bohaterów zostały zmienione.

 

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*