Morderstwo, o którym śpiewano pieśni

Na samym krańcu województwa łódzkiego i powiatu radomszczańskiego leży wieś Krzętów. Przeszło osiemdziesiąt lat temu doszło tu do wydarzenia, które na długie lata pozostało w pamięci mieszkańców bliższej i dalszej okolicy.  22 lipca 1932 roku w zagajniku przy ścieżce wiodącej ze wsi Wola Życińska do majątku Krzętów,  gajowy Stanisław Stanisławski dokonał makabrycznego odkrycia. Między drzewami znalazł zwłoki mężczyzny. Natychmiast powiadomił posterunek policji. Śledczy szybko ustalili, że ofiara, leżąca zapewne już od kilku dni, została zamordowana. Dość szybko ustalono też, iż ofiarą jest poszukiwany od kilku dni mieszkaniec wsi Krzętów Franciszek Gaik, handlarz trzody, którego widziano po raz ostatni 19 lipca około 8 wieczorem. Władze policyjne nie miały żadnych wątpliwości, iż mord miał charakter rabunkowy, tym bardziej że gajowy, który pierwszy spostrzegł zwłoki przysięgał, że nie przeszukiwał i nie ograbił zwłok.

Pierwsze podejrzenie skierowano na woźnicę Romana Orłowskiego, który przez pewien czas był furmanem u Gaika i wiedział, że Gaik powracając z utargu do domu posiada zawsze przy sobie pieniądze. W dniu wyjazdu handlarza, Orłowski miał też dopytywać się żony Gaika, ile handlarz zabrał świń i czy jechał sam. Orłowski pracował u Gaika do maja 1932 roku, kiedy ten kupił konia i od tego czasu sam raz w tygodniu woził świnie na sprzedaż do Częstochowy.

W nocy z 18 na 19 około godziny 2, Gaik wyjechał do Częstochowy, zabierając na sprzedaż 4 świnie. Do wsi Silniczki towarzyszył mu (zapewne do wschodu słońca) szwagier Jan Piekarski, który wrócił następnie do domu. Gaik miał powrócić z Częstochowy 19 lipca wieczorem. Kiedy nie powrócił w ciągu najbliższych dni wszczęto poszukiwania.

Orłowski, który sam kiedyś doświadczył napadu rabusiów (w styczniu 1932 roku pod wsią Młynek), nie przyznawał się do winy, ani do żadnej wiedzy o zbrodni. Przeprowadzona u Orłowskiego rewizja nic nie wykazała i dlatego woźnicy nie aresztowano.

Dzień po przesłuchaniu Orłowskiego do posterunku policji w Maluszynie zgłosił się chłopiec stajenny pracujący u Gaika, który złożył sensacyjne zaznania. Powiedział, iż ostatniej nocy, kiedy spał w stajni, gdzie również sypiał Orłowski, słyszał, jak woźnica przez sen szamotał się z kimś i mamrotał coś o pieniądzach, jakby do zabitego handlarza. Orłowskiego ponownie zatrzymano. Wzięty w krzyżowy ogień pytań, przyznał się do zbrodni wskazując miejsce gdzie ukrył portfel z pieniędzmi zabitego. Oświadczył też, że nigdy nie dokonał by zbrodni gdyby wiedział że znajdzie tylko sumę 600 zł, bo liczył na znacznie więcej. Orłowskiego aresztowano. Z jego zeznań wynikało, iż wieczorem 19 lipca udał się do lasu na króliki, zabierając żelazka i siekierę. Po postawieniu żelazek poszedł lasem w stronę Woli Życińskiej. Po drodze widział Gaika w rozmowie z jakąś kobietą, ale sam poszedł w stronę Krzętowa. W pewnym momencie jednak zatrzymał się i poczekał na byłego pracodawcę. Kiedy te spotkali się, Orłowski upomniał się o zwrot 200 zł, które rzekomo Gaik był mu winny. Gaik dał mu tylko 100 zł, odmawiając reszty. Powstała na tym tle sprzeczka, a Gaik miał ranić nożem Orłowskiego w rękę. Wtedy woźnica uderzył siekierą handlarza w głowę, a gdy ranny Gaik zaczął uciekać Orłowski dogonił go i dobił i zabrał portfel. Zwłoki ukrył w zaroślach, a narzędzie zbrodni, zakrwawioną siekierę, wrzucił do przepływającej blisko Pilicy.

Orłowski stanął przed piotrkowskim sądem doraźnym 29 sierpnia 1932 roku. Sąd skazał go na bezterminowe ciężkie więzienie (czynnikiem łagodzącym było zapewne to, iż Orłowski był w przeszłości odznaczony Krzyżem Walecznych). Proces budził w okolicy wielkie zainteresowanie. Snuto plotki, domysły. Największego rozgłosu zbrodni nadała jednak pieśń, którą jeszcze w połowie XX wieku dobrze pamiętali mieszkańcy Krzętowa i okolicznych wsi, mimo iż datę zbrodni już usunęli z pamięci.

Wąską ścieżynką pod górę

szedł Gaik w stronę Krzętowa,

zastąpił mu drogę Roman

w takie odezwał się słowa:

Franuś, ach drogi kolego,

skręćmy tu trochę na lewo.

A gdy się w lewo udali,

to Romek wydobył stali.

Zawiódł go Romek w ten sposób.

Częstował go złowiona sarną.

Nie spodziewał się ów Gaik,

że go tam ciosy ogarną.

Zrąbany upadł na ziemię,

bez znaku żadnego życia

To jego kolega Roman

powiódł go w gąszcz do ukrycia.

Gdy go ułożył w gęstwinie,

kroki do domu skierował,

uradowany zdobyczą,

pieniądze jego rachował.

Pieniędzy nie było dużo,

zaledwie te sześćset złotych,

za które Roman z Gaikiem

pozostawili sieroty.

A kiedy stanął przed domem

i o Gaiku znów wspomniał,

z powrotem nazad się wrócił,

czy Gaik nie oprzytomniał,

Gdy stanął obok Gaika,

Łokciowy nóż w ręku trzyma,

Gaik go prosi o księdza,

a on mu szyję podrzyna.

Kobieta będąca w lesie

z daleka wszystko widziała,

lecz nie podchodziła blisko,

bo się Orłowskiego bała.

Policja w ręce mordercę

niedługo zaraz schwytała,

by władza sprawiedliwości

śmiertelny wyrok mu dała.

Waleczny krzyż go ocalił

od śmierci, której był godny,

będzie jęczał za kratami,

bo wyrok dostał dożywotni.

Autorstwa tej ludowej poezji epickiej (jak nazwała ją w 1862 roku Irena Lechowa), nie udało się ustalić. Pieśń powszechnie nucono, śpiewano na jarmarkach i zabawach. Przez wędrownych dziadów rozpowszechniana była poza region, gdzie poznawano tragiczną historię byłych kolegów, Gaika i Orłowskiego.

Przemysław J. Łaski

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*