Morderstwo na stacji kolejowej Wolbórka

Rzeczpospolita w roku 1925 pełna była napięć społecznych i politycznych. Już za chwilę miał nastąpić punkt zwrotny w naszej przedwojennej historii – zamach majowy (1926). W tle politycznej burzy, z dala od wielkomiejskiego zgiełku, na polskiej prowincji, mimo narastających problemów społecznych i rosnącego bezrobocia, życie toczyło się spokojnie. Tak też było w leżącym wówczas w powiecie brzezińskim Będkowie, dla którego swoistym oknem do wielkiego świata był przebiegający nieopodal szlak kolei warszawsko-wiedeńskiej. Jednak wiosną 1925 roku doszło tu do zdarzenia które wstrząsnęło mieszkańcami okolicy.

W pobliżu Będkowa znajdowała się, leżąca na odcinku kolejowym Koluszki – Piotrków, stacja Wolbórka. Poza mieszkańcami Będkowa z jej drewnianej poczekalni korzystali także podróżni z pobliskiego Czarnocina oraz okolicznych mniejszych wiosek. W przeszłości częstym gościem na stacji był m.in przyszły noblista Władysław Reymont, wypoczywający w młodzieńczych latach w pobliskim Jakubowie.

W 1925 roku na stacji Wolbórka zatrudnieni byli Marcin Chrustowski i Michał Szymor. Ich dwunastogodzinna zamienna służba polegała na pełnieniu obowiązków zawiadowców i jednocześnie bileterów. W nocy z 17 na 18 kwietnia (z piątku na sobotę) zmiana wypadła Chrustowskiemu.

W sobotę wczesnym rankiem w drewnianej poczekalni, gdzie mieściła się również kasa, zebrali się podróżni, zamierzający odjechać z Wolbórki w kierunku Częstochowy. Pociąg, który wyjechał z Warszawy po północy, miał za kilkanaście minut pojawić się na torach. Podróżni byli zaniepokojeni, bo do przyjazdu pociągu pozostawało coraz mniej czasu, a Chrustowski nie otworzył jeszcze okienka kasowego.

W tym samym czasie śpiącego w swoim domu Michała Szymora obudziło pukanie do drzwi i wołanie by wstał z łóżka. Szymor ubrał się i wyszedł na podwórze, gdzie ujrzał robotnika Franciszka Łukasika. Ten powiedział mu, iż kasa jest zamknięta i że widocznie „z Chrustowskim coś się stało lub poszedł gdzieś”.

Obaj natychmiast udali się na stację. Już przez okno Szymor z Łukasikiem ujrzeli Chrustowskiego leżącego nieruchomo i przykrytego kożuchem. Nie reagował on ani na wołania ani na pukanie do drzwi. Zauważono też, że drzwi do kasy przybite są z zewnątrz gwoździami do ramy. Łukasik by wejść do środka rozwalił je siekierą. Po zsunięciu kożucha z Chrustowskiego ich oczom ukazał się przerażający widok: zawiadowca miał roztrzaskaną głowę „tak że mózg rozprysnął się naokoło”, a twarz „wykrzywioną straszliwym grymasem”. Obok trupa leżał zakrwawiony duży kolejowy młot. Szymor zauważył brak kasetki z pieniędzmi pochodzącymi ze sprzedaży biletów. Również dwie szafki z biletami były otwarte. Było jasne, iż Chrustowski padł ofiarą mordu rabunkowego. Sprawców musiał spotkać jednak zawód, gdyż w kasie o tej porze było zwykle niewiele ponad 150 zł.

Bezpośrednio po odkryciu zbrodni na miejsce wypadku przyjechali śledczy z Piotrkowa i Łodzi, dokonując pierwszych oględzin miejsca dramatu. Wraz ze śledczymi z Łodzi na miejscu zbrodni znalazł się także pies policyjny „Lord”, słynny ze swych sukcesów w wykrywaniu zbrodniarzy. Przybył również  łódzki prokurator. Ustalono, iż zbrodni dokonano nocą między 2.30 a 4.30. Po oględzinach ciało Chrustowskiego wydano rodzinie.

Wszczęte przez policję śledztwo nie przynosiło początkowo konkretnych rezultatów. W rozwiązaniu zagadki pomógł jednak donos. W maju posterunkowy Tomasz Witkowski, pełniąc służbę w rejonie posterunku w Rudzie Pabianickiej, dowiedział się, iż tajemniczy osobnik, zamieszany podobno w morderstwo na stacji Wolbórka, ukrywa się od 2 tygodni w Chachule (dawna osada młyńska), w mieszkaniu robotnika, niejakiego Jarzębskiego. Witkowski udał się tam w nocy z 2 na 3 maja. Odnalazłszy niezameldowanego w tym miejscu osobnika, odprowadził go natychmiast na posterunek w Rudzie. Po wylegitymowaniu okazało się, iż nieznajomym jest Stanisław Koper.

Podejrzany już w drodze na posterunek, prosząc by go nie bito, przyznał się do zbrodni, mówiąc jednocześnie, iż dokonał tego razem z Leonem Grzybczyńskim. W zeznaniach Koper twierdził, iż 17 kwietnia szedł pieszo do ojca do wsi Borowo, gdzie chciał znaleźć „jakąś pracę”. Wieczorem na stacji Wolbórka spotkał znajomego Grzybczyńskiego, z którym pracował pięć lat na kolei. Mówiąc mu o swoich problemach finansowych, wyraził gotowość „okradzenia kogoś”. Grzybczyński miał mu wtedy powiedzieć, że kasjer kolejowy Chrustowski posiada dużo gotówki. Wstąpili więc obaj do stacji kolejowej i czekali do odjazdu ostatniego pociągu. Gdy wszystkie pociągi przeszły i gdy zmęczony Chrustowski położył się na ławie, Grzybczyński pochwyciwszy leżący na podłodze młot, uderzył nim Chrustowskiego w głowę. Chrustowski jęcząc stoczył się na podłogę, a wówczas Koper tym samym młotem uderzył zawiadowcę w głowę celem dobicia ofiary. W przesłuchaniu Koper przyznał, iż kasetkę z pieniędzmi zakopali na polach pod Czarnocinem (gdzie rzeczywiście ją znaleziono).

Wobec tych zeznań przesłuchano również Grzybczyńskiego, który nie przyznał się do winy, twierdząc, iż nie ma z morderstwem nic wspólnego.

Sprawa morderstwa zawiadowcy ze stacji Wolbórka wywołała wielkie zainteresowanie w okolicy. 9 listopada 1925 r. rozstrzygał ją Sąd Okręgowy w Łodzi. Sprawą przewodniczył sędzia Juliusz Arnold w asyście sędziów Zygmunta Wyżnikiewicza i K. Zienkiewicza. Obronę wnosił adwokat Jasiński. Na sali pełno było publiczności (głównie kolejarzy), a w sprawie zeznawało szereg świadków potwierdzając swoimi słowami udział oskarżonych w napadzie. Prokurator Mandecki nie widząc żadnych okoliczności łagodzących, zażądał wobec obu oskarżonych kary śmierci twierdząc, iż społeczeństwo „nie może tolerować ich w swoim gronie”. Jednak sąd nie podzielił jego opinii, karząc 23-letniego Kopra i 28-letniego Grzybczyńskiego „za świadome i z rozmysłem” zabójstwo i zrabowanie 263 zł 30 gr., na 12 lat ciężkiego więzienia z pozbawieniem praw publicznych.

Jeszcze w 1925 r., w związku z założeniem w Czarnocinie szkoły rolniczej, zmieniono nazwę stacji kolejowej Wolbórka na Czarnocin. Do powrotu pierwotnej nazwy doszło dopiero 13 grudnia 2009 r. Obecnie stacja leży na terenie gminy Będków w powiecie tomaszowskim, tuż na granicy z powiatem piotrkowskim. Zabytkowy budynek poczekalni jest teraz podziwiany w Skansenie Rzeki Pilicy w Tomaszowie Mazowieckim, gdzie został przeniesiony w listopadzie 2006 roku i zrekonstruowany. Jednak czy zwiedzający drewnianą stacyjkę mają świadomość tragedii jaka się tam wydarzyła?

Przemysław J. Łaski

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*