Literatura ludowa: Od rzemyka do konika (cz. I)

(Opowiadanie kryminalne z prawdziwego zdarzenia Walentego Sygonia, włościanina z Golesz)

 

Do szynku w małem miasteczku Łukowie schodziło się zawsze wiele ludzi, nie tylko z samego miasteczka ale i z okolicznych wiosek, to na kieliszek wódki, to dla zobaczenia się ze znajomymi, albo dla porady w sprawie sądowej. Bo trzeba wiedzieć, że w tejże mieścinie był sąd gminny, a sam właściciel szynku, pan Jacenty, miał urząd ławnika.

Miał się dobrze pan Jacenty, bo każdy dobrze wiedział, że tylko wypiciem kilku kieliszków wódki w jego szynku, lub datkiem na osobności, może uzyskać względy pana ławnika Jacentego i pomoc w sprawie. Więc pili ludzie w jego szynku na zabój, potem się swarzyli, szturchali – na koniec godzili przy pomocy samego właściciela.

I było biednym ludziskom z panem Jacentym bardzo dobrze, a jemu z ludźmi jeszcze lepiej. Bo i rubelki mnożyły się w skrzynce, i imię poczciwego człowieka rosło jak na drożdżach nie tylko w miasteczku lecz i w okolicy. Prawdą a Bogiem pan Jacenty – co i sam zapewne czuł w duszy, nie zasługiwał na to, bo niejednego jego wódeczka sprowadziła z prostej drogi i wykierowała na złodzieja, niejeden przepił tam cały majątek, zostawiając dzieci i żonę na łasce Bożej. Ale on mówił, że to nie jego wina. Nie miałby on szynku, miałby kto inny. Tak pan Jacenty tłumaczył się przed swojem sumieniem.

Opowiem wam pewne prawdziwe a smutne zdarzenie, którego powodem był szynk pana Jacentego. Otóż, pewnej niedzieli, późno już wieczorem, w szynkowni pana Jacentego siedziało jeszcze kilka osób. Była to sama młodzież miejscowa, synowie mieszczan z miasteczka. Czerwone ich twarze i błyszczące oczy świadczyły, że niejeden już kieliszek mają w głowie. Hałas był w izbie ogromny. Wszyscy krzyczeli nie rozumiejąc jeden drugiego, lecz najwięcej krzyczał i dowodził między nimi Józef Kowalczyk syn porządnego gospodarza osiadłego w miasteczku na kilku morgach ziemi. Znany on był z pijaństwa i rozpusty w miasteczku i po wsiach gdzie były karczmy, a w szynku pana Jacentego po całych dniach przesiadywał.

— Hola! — krzyknął on uderzając kieliszkiem o szynkwas* — Michał, Franek, Stachu — teraz moja funda! — Panie Jacenty, proszę o pięć kieliszków — ale to panie, – tu pijany potoczył się w kąt, — ale to, bo pan nas wodą poisz, — wycedził już przez zęby.
— Jak to wodą — odrzekł obrażony szynkarz, czysty spirytus, panie tego.
— No woda nie woda, a dawaj pan, bo mi w gardle schnie.
— A pieniądze? Ja darmo nie daję – odrzekł pan Jacenty, siadając na krześle za szynkwasem.
— Dawaj! — huknął Józiek — zapłacę jutro, jak Boga kocham. — Jutro. — Cóż to? Nie wierzysz mnie pan — hę?
— Komu dzisiaj wierzyć — spokojnie odpowiedział pan Jacenty. — Jeżeli jutro będą pieniądze, to i ja jutro dam panu wódki.
— Dawaj ty stary ps… — lecz chociaż pijany zmiarkował się Józiek, że groźbą nic nie zrobi, więc rzekł łagodniej: — Panie Jacenty — jak Boga kocham dziś zapłacę — tylko no — obejrzał się na swoich przyjaciół. — Czekajcie tu na mnie łotry — wrzasnął — zaraz wrócę.
Spojrzał na szynkarza, mrugnął znacząco na niego i potoczył się ku drzwiom pijany.

O tej samej porze kiedy Józiek tak pił w szynku, w domku, na bocznej ulicy, należącym do Mikołaja Kowalczyka ojca Jóźka, w małej izdebce zebrana była cała rodzina Kowalczyka, prócz Jóźka. Mikołaj Kowalczyk, starzec sześćdziesięcioletni, siedząc na ławce przy kominie, kurzył fajkę i dumał. Pani Mikołajowa z córką już dorosłą, Zosią, sporządzały przy świetle płonącej lampy bieliznę, a dwaj chłopcy kilkunastoletni chrapali — ległszy na łóżkach. Cicho było w izbie. – Tylko jednostajne cykanie zegara przerywało milczenie. Nareszcie pierwszy pan Mikołaj wyjąwszy z ust fajkę odezwał się w te słowa:
— A gdzież to Józiek?
— Pewno u Kacperka — cichym głosem odpowiedziała pani Mikołajowa.
— U Kacperka — albo w szynku. — A to pokaranie z tym chłopcem. Już ludzie bąkają coś, że z niego będzie dobry złodziej bo…
— Ot ludzie — nie słuchałbyś co ludzie mówią — rzekła pani Mikołajowa — młode piwo wyszumieć się musi. Ludzie zawsze w cudzem oku to i słomkę dopatrzą a w swojem belki nie widzą.
— Daj to Boże żeby wyszumiał, ale… toć on co dzień przychodzi do domu, pijany — a bywa, że go i po dwa dni ani widać. Bisurmani** się gdzieś po miasteczku i okolicy, a co tam robi? — Bóg to jedyny wie. Ludzie bają — ha, czasem to i wybają. Nie chcę ja go posądzać, ale gdzież się to twoje dwie chustki podziały, co? Albo mnie dwa korce zboża ze stodoły, he? Popytaj no się ludzi — powiedzą ci jak mnie: „Nie szukajcie panie Mikołaju złodzieja daleko, nie szukajcie” Pan Bóg nas pokarał — ha, dziej się wola Boża.
— Nie myśl o nim tak źle, mój kochany. On nic nie winien, inni go podmawiają i — dwie grube łzy spłynęły po twarzy starej kobieciny.
— Albo to nie podniósł on już na ciebie ręki — ciszej rzekł stary Mikołaj — kiedyś go prosiła, żeby do szynków nie chodził. Gdyby nie ja, wtenczas byłby cię może kijem uderzył a mnie starego pchnął, żem się aż na łóżko zatoczył. Oj! zły będzie jego koniec — zły.

Pani Mikołajowa nic już nie odpowiedziała. Biedna matka czuła prawdę w słowach ojca, lecz oddalała od siebie złe myśli o Jóźku, co jej się gwałtem cisnęły do głowy. Wsparła głowę na rękach a łzy jak grad spadały z jej oczów i moczyły bieliznę trzymaną w ręce.

Znów cicho było w izbie, tylko słychać cykanie zegara wiszącego na ścianie, gdy nagle drzwi się otwarły i jak wiatr wleciał pijany Józiek.
— Pieniędzy — krzyknął ochrypłym głosem – dajcie mi pieniędzy!
— Nie zarobiłeś ich ani dzisiaj, ani wczoraj, nie dostaniesz – rzekł spokojnie stary ojciec.
— Zarobię jeszcze, a jeśli nie dacie to was tu zatłukę — i zatoczył błędnym wzrokiem po izbie, uderzając silnie pięścią o pięść. — Zatłukę! – krzyknął , aż się szyby zatrzęsły.
Już biedna, spłakana matka chciała wydobyć z szufladki stolika kilkadziesiąt groszy i dać Józkowi – lecz pan Mikołaj oparł się temu i nie pozwolił.
— Nie dam — rzekł – nie dam na wódkę. Pracuj jak Bóg przykazał, to i pieniądze mieć będziesz. Na łotrostwa, pijaństwa nie mam pieniędzy.
Józiek pijany skoczył do ojca, schwycił go za gardło i pchnął na ścianę.
— Nie dasz! — krzyknął. — Niech cię diabli wezmą stary psie! Obejdę się bez ciebie.
– Józku – krzyknęła matka załamując ręce, Józku! Nie poniewieraj ojca, bo Bóg cię ciężko skarze.
— O skarze — skarze — jęknął stary ojciec podnosząc się z ziemi.
— Niech skarze — aby was tylko, raz już diabli wzięli! – krzyknął Józiek, i wyleciał z izby.

W pół godziny wrócił do szynku gdzie czekali na niego pijani towarzysze. — Gdy wszedł, wziął pana Jacentego na stronę i coś z sobą długo szeptali, jakby się o coś targując. Po tej rozmowie pan Jacenty dawał wódkę i piwo na każde zawołanie Józka. Już było dobrze po północku, gdy wszyscy, zupełnie pijani, wyszli z szynku.

Wschodzące słońce ujrzało pijanego Józka leżącego w rynsztoku. W tymże czasie, pan Mikołaj wstawszy z łóżka, ubrał się i poszedł do stodoły do zwykłej roboty. Otworzywszy drzwi, załamał ręce płacząc jak dziecko, bo ujrzał wyrwaną deskę we wrotach i brak półkorca pszenicy, która leżała na stronie zsypana. Nie to jednakże wycisnęło łzy z oczów starca, lecz myśl co mu przeleciała przez głowę, że to własne dziecko go okrada!

I przeszło pół roku jakby z bicza trzasnął od opowiedzianych wypadków: Józiek pił i wałęsał się nic nie robiąc po miasteczku i okolicznych karczmach. Pani Mikołajowa płakała, pan Mikołaj chodził smutny i zasępiony, a Józiek wynosił po kryjomu rozmaite rzeczy z domu i zboże ze stodoły, sprzedawał to i pił. Tak raz, zginęła panu Mikołajowi kapota, drugi raz buty, to znów ćwierć grochu, pół korca żyta. Ludzie gadali nawet, że Józiek komuś tam próbował wyciągnąć z kieszeni pieniądze ale go złapano, że gdzieś znów z podwórza zginął łańcuch żelazny do przywiązywania drzewa i posądzali o ukradzenie Józka. Wszystkie te wieści dochodziły do starych Mikołajów. A oni? Cóż mieli robić? Płakali w cichości i modlili się, ażeby dobry Bóg odwrócił od nich to nieszczęście, co spadło ciężkim kamieniem na ich dotąd niczem niezbrudzone poczciwe imię.

Zdarzyło się, że pewnego razu Józiek znowu wybrał się na włóczęgę. Już kilka dni nie było go w domu. Rodzice zmartwieni nie wiedzieli kogo się tu o niego pytać, gdzie go szukać, boć chociaż zły on był dla nich, ale zawsze to było ich dziecko. Wyszedł pan Maciej na miasto, chcąc się dowiedzieć czegoś o Józku. Nagle zaturkotał wóz na rynku, pań Mikołaj spojrzał i zbladł strasznie, a krople potu wystąpiły mu na czoło, bo na wozie, obok wójta i strażnika miejscowego, ujrzał Józka silnie skrępowanego powrozami.

Poschodzili się ludzie do wozu, drudzy z okien wychylali głowy, przyglądając się z ciekawością skrępowanemu, i zaraz wieść gruchnęła po miasteczku, że Józiek chciał kogoś tam zabić, czy nawet zabił.

c.d.n.

Walenty Sygoń, 1884

* Szynkwas – bufet w szynku lub w karczmie
** Bisurmanić się – dawniej: wieść życie hulaszcze

*

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*