Literatura ludowa: Od rzemyka do konika (cz. II)

(Opowiadanie kryminalne z prawdziwego zdarzenia Walentego Sygonia, włościanina z Golesz)

c.d.

Opowiemy co się tam stało.

Gdy Józiek wyszedł z domu, włóczył się z początku po okolicznych karczmach, aż nareszcie dotarł do gubernialnego miasta, o dwie mile odległego od miasteczka Łukowa. Tu dobrał sobie kilku łotrów, z którymi hulał po nocach i pił po szynkach. Lecz gdy pieniędzy zaczęło brakować, głód dokuczał a i na wódkę nie stało, trzeba było wracać do domu. Na pożegnanie wypił z nimi ostatni kieliszek wódki i poszedł prosto gościńcem ku miasteczku.

Dzień był ładny, wiosenny, słońce dość jeszcze wysoko na niebie, gdy Józiek wychodził z miasta, gwiżdżąc sobie pod nosem jakąś piosenkę zasłyszaną w mieście. Na drodze spotkał się z Mośkiem, żydkiem dobrze znajomym z tegoż samego co i on miasteczka. Po przywitaniu poszli razem.
— A coś ty robił w mieście — spytał po chwili Józiek Mośka.
— No co? Nic — odpowiedział Mosiek.
— Jak to nic — to ty po nic chodzisz do miasta?
— Ny—co? Sprzedałem cielę co go kupiłem od Wawrzeńczuka.
— Cielęta tanie – rzekł Józiek — więcej ci pewno nie dali jak cztery ruble.
— Aj waj — jakie tanie! Nie zarobiłem nic. Kupiłem za cztery, sprzedałem za cztery i pół. Co to znaczy pół rubla zarobku — a droga, a czas — i to kosztuje.
Spojrzał na te słowa z ukosa Józiek na Mośka. Widocznie jakaś zła myśl zaświdrowała mu w głowie bo oczy błysnęły jak u wilka. Nacisnął czapkę więcej na oczy i szedł milcząco obok żyda. Już uszli spory kawałek drogi. Z daleka widać było wioskę i zielone łąki ciągnące się po obydwóch stronach gościńca, przy którym bieliły się ściany dużej, murowanej karczmy. A dalej jeszcze, za karczmą, półkolem ciągnął się ciemny las, przez który szedł gościniec.

Byli już przed karczmą — zmęczeni drogą przystanęli.
— Może wejdziemy na kieliszek i odpoczniemy trochę — rzekł Józiek.
— Wódki nie piję, ale odpocząć się godzi, bośmy już z milę uszli, a słońce grzeje —odpowiedział żyd.
Wstąpili do karczmy — Mosiek kazał sobie dać dwa papierosy, wyjął pieniądze i zapłacił za nie. Jednym poczęstował Jóźka, drugiego zapalił sam. Józiek widział jak Mosiek odliczał pieniądze, spojrzał na nie chciwem okiem, potem kazał sobie podać kieliszek okowity jeden i drugi — a przed wyjściem i trzeci.

Słońce już chyliło się do ziemi, gdy obaj wychodzili z karczmy, a ponieważ mieli jeszcze dobrą milę przed sobą, więc zaczęli iść trochę prędzej — i wkrótce stanęli w lesie, co się ciągnął po obydwóch stronach drogi. Już byli na połowie lasu, gdy Józiek, idący dotąd w milczeniu obok towarzysza rzekł:
— Mosiek, jakie ty masz pieniądze, papiery czy miedziaki?
— Mam i papiery i miedziaki — a bo co?
— Ja mam sporo miedziaków — rzekł Józiek — możebyś mi wymienił na papierkowe ruble.
Mosiek spojrzał na Jóźka niedowierzająco, jakby chciał spytać skąd on ma pieniądze, ale po chwili odpowiedział:
— Ny — mogę ci zmienić — mnie potrzebniejsze drobne pieniądze.
I przysiedli obaj na kupie kamieni leżącej przy drodze. Mosiek wyjął z kieszeni woreczek chcąc odliczyć pieniądze — gdy nagle Józiek skoczył, wyrwał z rąk Mośka worek z pieniędzmi i zaczął uciekać w las. Mosiek na razie nie wiedział co się stało, — lecz, gdy obejrzał się że mu Józiek zabrał pieniądze i ucieka z niemi, zerwał się i zaczął gonić go, krzycząc w niebogłosy: Aj waj! — Józiek, oddawaj pieniądze! Aj waj!

Już go Mosiek dopędzał w lesie — gdy Józiek wyjął z kieszeni przygotowany zawczasu kamień i rzucił nim na Mośka. Może Józiek chciał go tylko tym sposobem odstraszyć, — lecz przypadek zdarzył, że trafił go w głowę. Mosiek jęknął, zachwiał się i padł omdlały z bólu. Józiek podbiegł ku niemu i stanął jak wryty przy martwem ciele żyda. Chciał uciekać, lecz coś go jakby przykuło do miejsca. Nie mógł się ruszyć. Nagle Mosiek poruszył ręką. Przychodził do przytomności. Podniósł się na rękach i siadł chcąc powstać, krew z głowy strugą czerwoną ciekła na ziemię. Józiek stał wciąż przy nim nie wiedząc co robić. Gdy ujrzał krew płynącą z głowy Mośka, przeleciała mu przez głowę myśl, co z nim będzie, jeśli go Mosiek oskarży przed sądem, że mu skradł pieniądze i usiłował zabić kamieniem! Na pewno czeka go za to ciężka kara więzienia, może Sybir! Czy nie lepiej — pomyślał — uwolnić się na zawsze od niego. Tu nikogo w lesie niema — nikt nie widzi. Nikt nie będzie wiedział, gdzie się Mosiek podział — a jeśli go znajdą, to któż dowiedzie, że to on, — Józiek, go zabił? Nieszczęśliwy zapomniał, że Bóg patrzy na niego z nieba, zapomniał że sumienie wyrzucać mu będzie tak straszną zbrodnię! — Tak, pomyślał, lepiej go zabić, wtenczas nie będę się bać kary!

I gdy Mosiek stanął już na nogach, chwiejąc się jeszcze, rzucił się Józiek na niego raptownie, żeby go na powrót powalić. Krótko trwała walka. Osłabiony Mosiek padł twarzą na ziemię, a Józiek schwyciwszy obiema rękami kamień leżący tuż przy drzewie, uderzył go nim z całych sił kilka razy w tył głowy. Mózg wytrysnął — i na ziemię upadł trup. Józiek stał chwilę osłupiały nad nim, — potem jakby go kto gonił jeszcze, popędził w las.

Zdawało mu się, że coś za nim leci i straszy. W każdem drzewie widział trupa z przymkniętemi oczami — z wielką raną w głowie, z której się sączyła krew i mózg wychodził. Włosy mu się na głowie jeżyły. Pędził póki mu sił i tchu starczyło. Noc już była ciemna gdy dopadł gościńca i wybiegł z lasu. Za lasem była znów karczma — do niej wpadł i tu dopiero po wypiciu kilku kieliszków wódki lżej mu się zrobiło. Strach go ominął, pijany legł w kącie izby i zasnął.

Tymczasem w miasteczku nazajutrz i w następne dni rwetes, osobliwie między żydami, był ogromny. Rodzice Mośka zanosili się od płaczu pytając ludzi o niego. Upływa jeden dzień, drugi, Mośka jak niema tak niema. Dano znać władzy gminnej. Wójt gminy, pisarz i strażnik pojechali drogą ku miastu gubernialnemu, gdyż mówiono im, że Mosiek tam się udał. Po drodze wstępują do karczem, dopytując się ludzi, ale jakoś nigdzie żydka nie widziano. Nareszcie zajechali do tejże samej karczmy, gdzie wstępowali Józiek z Mośkiem. Szynkarz zapytany objaśnił wójta, że któregoś dnia był tu u niego ten sam żydek, którego szukają, znany mu od dawna, z jakimś młodym człowiekiem — i opisał go jak wygląda, dodając, że wracali razem do miasteczka Łukowa. Wójt z pisarzem i strażnik zaraz wpadli na myśl, że to nie kto inny szedł z żydkiem, tylko Józiek Kowalczyk, i zaczęli go szukać wszędzie.

Cały dzień szukano daremnie, aż nareszcie znaleziono go pijanego, w rowie niedaleko od traktu. Przebudzony Józiek, gdy ujrzał wójta i strażnika, z początku chciał uciekać, lecz przytrzymano go i zaczęto badać. Nie chciał się przyznać, mówiąc, że żydka Mośka na oczy nie widział, że z nim nie szedł. Lecz gdy przywołany szynkarz wskazał na niego, że to on właśnie wstępował z żydkiem Mośkiem do jego karczmy, Józiek rzekł do wójta:
— Kiedy tak, panie wójcie, to każcie mi przynieść półkwaterek okowity, a całą prawdę wam powiem.
Przyniesiono okowitę, Józiek jednym tchem wypił cały półkwaterek i rzekł:
— Ja panie wójcie zabiłem Mośka. Nie miałem ci ja w myśli zabijania go, tylko odebrać mu chciałem pieniądze; ale że gonił za mną, i że ja go przypadkiem zraniłem, bałem się, żeby mnie nie oskarżył i dotłukłem go kamieniem. Leży w lesie niedaleko gościńca.

Udano się na to miejsce razem z nim i znaleziono trupa Mośka. Jóźka związanego przywieźli na wozie właśnie wtenczas, kiedy jego ojciec stał na rynku miasteczka. Jaka była jego boleść i matki, gdy się o tem dowiedziała, trudno opisać — zrozumieją to wszyscy rodzice… Z Jóźka wójt spisał protokół i sprawę oddano sędziemu śledczemu. Józiek czekał w więzieniu na wyrok i gdy ten zapadł, żal mu wielki ścisnął serce, bo wiedział, że już ani swojego miasteczka, ani tych ludzi z którymi żył nie będzie nigdy oglądał. Sąd skazał go do ciężkich robót. Wtenczas dopiero Józiek poznał jak wielki grzech popełnił, i zaczął żałować, że nie żył inaczej.

Tak to Józiek zacząwszy od wynoszenia małych rzeczy z domu rodziców i łotrowania się po szynkach, skończył na wielkiej zbrodni. Gdyby nie wódka, może byłby najporządniejszym człowiekiem, ale ludzi to nie nauczyło rozumu i w szynku u pana Jacentego ciągle ich pełno, jak przedtem było.

Walenty Sygoń, 1884

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*