Gdy zgasną światła… czyli podsumowanie Light Move Festiwal 2017 w Łodzi [galeria]

Tegoroczny Light Move Festiwal w Łodzi przebiegł pod hasłem „No limits – szlakiem awangardy”. Jak zwykle przybyło mnóstwo ludzi, zarówno mieszkańców Łodzi jak i osób z innych rejonów Polski i zza granicy. W tłumie można było usłyszeć wiele przeplatających się języków i śmiechu, zwłaszcza przy przechodzeniu z Placu Wolności na ulicę Piotrkowską – jak co roku w tym miejscu panował niesamowity ścisk, kiedy po obejrzeniu pierwszych projekcji wyświetlanych na Placu wszyscy zgodnie ruszyli w dalszą trasę festiwalu.

Pomimo pozytywnej atmosfery wśród widzów, w porównaniu z ubiegłorocznym Festiwalem Światła czuję duży niedosyt i rozczarowanie. Było po prostu…. nudno! Mapping jak zawsze zachwycał starannością wykonania i zgrania światła z elementami budynków, lecz same projekcje nie powalały na kolana. Krótkie animacje przypominały niezbyt udane, chaotyczne połączenie Monty Pythona, Salvadora Dali i rysunków geometrycznych. Instalacje również nie były zbyt ciekawe i pomysłowe, niektóre swoim wyglądem wręcz odstraszały, zamiast przyciągać.

W tym roku organizatorzy się nie popisali. Wszystkiego było mniej niż w innych edycjach – projekcji, oświetlenia, instalacji. Zamiast tego postawiono na kiepsko rozreklamowane „Przystanki muzyczne” – koncerty na żywo na małych scenach, porozrzucanych gdzieś w okolicach ulicy Piotrkowskiej. Może to wina motywu przewodniego festiwalu, może po prostu zabrakło zaangażowania przy jego realizacji; na pewno ta edycja była najgorszą ze wszystkich.

Mimo rozczarowania i zawodu, z niecierpliwością czekam na kolejny Light Move Festiwal. Mam nadzieję, że przyszłoroczne „zabawy światłem” będą o wiele ciekawsze i lepiej zorganizowane, a te były jednorazową wpadką, która więcej się nie powtórzy.

Anna Juchcińska

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*