Katastrofa kolejowa w Gorzkowicach

Mówiąc o tragicznych zdarzeniach kolejowych regionu piotrkowskiego przywołujemy myślami najczęściej dwie katastrofy – tę bardzo tragiczną pod Jarostami z 1962 roku, oraz tę stosunkowo niedawną, która zdarzyła się w 2011 r. w pobliżu stacji Baby. Mało kto jednak wie, iż 1 września 1928 roku doszło do dziś już kompletnie zapomnianej katastrofy, która wydarzyła siępod stacją kolejową w Gorzkowicach. O wydarzeniu tym nie wspominają również ogólnopolskie zestawienia polskich katastrof kolejowych. Warto więc przypomnieć o niej współczesnym.

W nocy z 31 sierpnia na 1 września 1928 r. na stacji kolejowej w Gorzkowicach zatrzymano na głównym torze pociąg towarowy załadowany węglem, jadący z Górnego Śląska do Gdyni. Pociąg nad ranem miał ruszyć w dalszą drogę. Przed godziną 4 od strony Częstochowy po tym samym torze zaczął nadjeżdżać jednak inny pociąg załadowany węglem. Cień nadjeżdżającej pełną parą lokomotywy miał wyłonić się z mroku w ostatniej chwili i na sygnały świetlne „stop” było już za późno. Pracownicy stacji próbowali jeszcze, dając sygnały rękoma, zwrócić uwagę maszyniście na niebezpieczeństwo, ale nim ten zdołał dać kontrparę, parowóz uderzył z całym impetem w ostatni wagon stojącego pociągu. Była godzina 3.55. Jak opisywano w ówczesnej prasie, rozległ się przerażający huk, a lokomotywa pchając uderzone wagony, zgniotła je w harmonijkę, sama zaś, wspięta wysoko, zawisła w pozycji skośnej. Wagony jadące za nią uderzyły w zatrzymany parowóz z taką siłą, iż 24 z nich powywracało się i spięło wzajemnie. 14 wagonów miało ulec całkowitemu zniszczeniu. Wywrócone węglarki wyrzuciły jak z procy cały swój ładunek, co spowodowało, że tor kolejowy i peron dworca zostały w dużej części zasypane czarnym towarem, a w powietrzu unosiły się tumany pyłu węglowego, zasłaniając rumowisko wagonów i parowozu.

Gdy nastała towarzysząca wszystkim podobnym katastrofom głucha cisza, przez zwały rozrzuconego węgla, ruszyła na ratunek poszkodowanym służba kolejowa. Na szczęście okazało się, że straty w ludziach są mniejsze niż się obawiano. Z obsługi pociągu który nadjechał nikt nie odniósł poważniejszych obrażeń – maszynista i palacz w ostatniej chwili zdążyli uczepić się bocznej osłony parowozu, dzięki czemu siła uderzenia nie wyrzuciła ich na tor. Mniej szczęścia miał praktykant hamulcowy pociągu stojącego na stacji, Piotr Drzymała z Tarnowskich Gór, który zginął na miejscu zgnieciony w straszliwy sposób. Inny hamulcowy, nazwiskiem Pala (lub Pela), został ciężko ranny i odwieziony do szpitala w Piotrkowie.

Natychmiast przystąpiono też do oczyszczania toru. Na miejsce katastrofy  wyruszyły dwa pociągi ratownicze z Częstochowy i Piotrkowa, a o 7.55 wyjechał z Warszawy specjalny pociąg ratunkowy, którym jechała śledcza komisja kolejowa z urzędnikami ministerstwa komunikacji i prezesem Dyrekcji Warszawskiej PKP inż. Witoldem Bienieckim. Linię zdołano otworzyć jeszcze przed południem po godzinie 11. Do tego czasu ruch osobowy i towarowy był całkowicie wstrzymany, a pociągi pośpieszne z Krakowa i Katowic zatrzymywano na stacji w Radomsku.

Dochodzenie policyjne w sprawie katastrofy prowadził komendant policji w Częstochowie, który samochodem przybył na miejsce wypadku, wydając natychmiast zarządzenie dotyczące ochrony mienia. Znaczne oddziały policji utrzymywały porządek i nie dopuszczały licznych gapiów przybyłych na miejsce katastrofy z całej okolicy. Początkowo za przyczynę katastrofy uznawano złe nastawienie zwrotnicy. Śledztwo w sprawie przyczyn zdarzenia doprowadziło do ustaleń, iż winę ponosi dyżurny ruchu w Gorzkowicach, niejaki Głowacki, który dał sygnał „tor wolny” drugiemu pociągowi, mimo, że tor był zajęty. Dyżurnego ruchu aresztowano.

Kilka dni po katastrofie wybuchł skandal, który zbulwersował opinie publiczną w całej okolicy. Realia lat międzywojennych były inne niż te obecne. Trudno nam dzisiaj wyobrazić sobie taką sytuację, ale pomiędzy dyrekcjami kolejowymi z Warszawy i Katowic wynikł spór, która z nich ma ponosić koszty pogrzebu. Spowodowało to, iż zwłoki Drzymały znajdowały się jeszcze przez kilka dni po wypadku w budynku stacji w Gorzkowicach. Dyrekcja warszawska, na której terenie zdarzyła się katastrofa odmówiła sfinansowania pogrzebu, ponieważ jak tłumaczyła, zabity Drzymała przynależny był do dyrekcji katowickiej. Sprawą pogrzebu zajął się w końcu proboszcz miejscowej parafii ks. Romuald Nowicki oraz zawiadowca stacji Gorzkowice, zbierając składki na zakup trumny dla ofiary katastrofy.

Pogrzeb jedynej śmiertelnej ofiary katastrofy odbył się 5 września w Gorzkowicach. W pogrzebie wzięła udział delegacja pracowników kolei z Tarnowskich Gór oraz rodzina zmarłego, w tym jego matka. W śląskiej prasie bardzo ciepło pisano o postawie mieszkańców Gorzkowic w obliczu tragedii. Pracownicy stacji kolejowej w Gorzkowicach mieli wyprawić zmarłemu wspaniały pogrzeb, a ksiądz proboszcz ani za uroczystość kościelną ani pogrzebową nie wziął ani grosza od jego rodziców. Pisano o braterskiej miłości pracowników kolejowych oraz obywateli tejże parafii,a pracownicy kolei z Tarnowskich Gór składali na łamach prasy serdeczne podziękowania dla kolegów kolejarzy i całej gminy Gorzkowice. Ponieważ Piotr Drzymała był powstańcem śląskim i uchodźcą, pracownicy gorzkowickiej kolei i miejscowy proboszcz obiecali ponadto troskliwie zająć się mogiłą zmarłego. Niestety po mogile Drzymały nie ma dziś śladu. W tamtych czasach tylko najbogatszych stać było na pomniki które mogły przetrwać wieki, dlatego tak ważna jest pamięć o tym tragicznym wydarzeniu i o postawie mieszkańców Gorzkowic.

Przemysław J. Łaski

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*