Jak spłonął kościół w Gorzkowicach

Maj 1895 roku przyniósł ziemiom polskim wyjątkowo dużą ilość wielkich pożarów. Paliły się prawie całe miasta i miasteczka, jak Brześć Litewski, Kobryń, Różany czy Koprzywnica. W tymże czasie klęska nie ominęła również Gorzkowic.

W sobotę 11 maja popołudniową porą, przejeżdżał przez Gorzkowice w stronę granicy niemieckiej pociąg Nr 5. Niebawem, około godziny 4.30, jeden z budynków leżących najbliżej torów kolejowych stanął w płomieniach. Była to ręczna farbiarnia Rubina Szajnfarberga. Susza trwająca od kilku tygodni ułatwiała szerzenie się pożaru, a silny wiatr kierował cały pęd iskier i dymu na pobliskie domy i kościół. Broniły go przez pewien czas otaczające drzewa, broniła rozpaczliwie miejscowa ludność, pracownicy kolei i mieszkańcy okolicznych wsi. Z ogniem walczyły cztery sikawki z majątków Kamieńsk, Niechcice i Wilkoszewice oraz ze stacji Gorzkowice. Również właściciel majątku Sobakówek pan Chmielewski przysłał na dwóch wozach ludzi z narzędziami ratunkowymi. Zaalarmowana piotrkowska straż ochotnicza uszykowała się na wagonach ekstra-pociągu do wyjazdu, jednak tuż przed wyjazdem otrzymano z Gorzkowic depeszę, iż pomoc jest spóźniona.

Płacz kobiet i rozpaczliwe krzyki obecnych głuszyły odgłosy pożaru. Przerażeni groźnym widokiem byli pasażerowie jadący pociągiem Nr 10 do Warszawy. Kilku z nich pobiegło nawet z pomocą mieszkańcom Gorzkowic. Ogień jednak przerzucił się na drugą stronę i kiedy kościół znalazł się w pośrodku ognia, wszelkie szanse na uratowani świątyni zostały stracone. Szansę na uratowanie kościoła zmniejszał brak doświadczonego kierownictwa i niedostateczna ilość narzędzi ogniowych, a w najważniejszej dla ratunku chwili, podobno jeden z ludzi znajdujących się na dachu kościoła zemdlał od gorąca i dla zniesienia go po drabinie, trzeba było na chwilę zaniechać walki z pożarem. Była też jedna ofiara śmiertelna. Służący dworski z folwarku Leonów, 53-letni Józef Kiełbicki, przybiegłszy przed buchający płomieniami kościół, na skutek zawału serca padł trupem na miejscu.

Jeszcze gdy języki ognia nie dotarły do wnętrza świątyni, przed obrazem Matki Najświętszej w Wielkim ołtarzu gromadka ludzi z jękiem i płaczem na klęczkach odmawiała litanię. Gdy płomienie dosięgały już wnętrza, miejscowy proboszcz ks. Ignacy Kasprzykowski wezwał ludzi do jej opuszczenia i przy spadających już kawałach palącego się dachu wyniesiono Przenajświętszy Sakrament, który przeniesiono na nieobjętą ogniem plebanię. Niebawem ogarnięty zewsząd płomieniami kościół runął z trzaskiem wśród snopów iskier i ognia.

W sumie tego dnia oprócz kościoła (asekurowanego na 7700 rs.) spaliło się w Gorzkowicach 21 budynków gospodarskich, z których 18 zaasekurowanych było na sumę 2040 rs. Niektórzy z włościan w obliczu tragedii, rozpoczęli poszukiwania właściciela farbiarni, obarczając go winą za wzniecenie pożaru. Złapawszy go w mieszkaniu, chcieli go podobno żywcem wrzucić w płomienie. Na szczęście dzięki interwencji proboszcza i miejscowego wójta gminy, zamiaru tego nie udało się dokonać. Jak się później okazało źródłem ognia nie była farbiarnia, która w ten dzień nie pracowała (był szabat), ale iskry z parowozu pasażerskiego pociągu Nr 5, które spowodowały, iż stojąca w odległości 20 kroków od drogi żelaznej farbiarnia stanęła w ogniu.

W niedzielę od rana gromady zrozpaczonych ludzi zaległy pogorzelisko, na którym wśród gruzów i zgliszczy sterczały poczerniałe mury starej kamiennej kapliczki. Proboszcz ks. Kasprzykowski postanowił mimo wszystko odprawić mszę. Odgarnięto nieco rumowisko, do muru kaplicy przystawiono uratowane szczątki ołtarza, ustawiono na nim cyborium (naczynie do przechowywania hostii), krucyfiks, statuę Matki Boskiej i kilka świec, a po bokach umieszczono parę świerków. Po tych krótkich przygotowaniach odezwał się zapowiadający mszę dźwięk sygnaturki sprowadzonej z sąsiedniego kościoła, a w chwilę potem ukazał się kapłan niosący uroczyście Przenajświętszy Sakrament. Jak opisywał później jeden z parafian, Karol Podczaski z Sobakowa, proboszcz stanąwszy przed ołtarzem, przeżegnał Nim zgliszcza i lud kornie dookoła klęczący, […] chciał przemówić, lecz łzy mu głos zaparły i płacz głośny, ogólny zebranych długo do słowa przyjść mu nie pozwolił. Tak zaczęła się pierwsza msza na zgliszczach gorzkowickiego kościoła.

Drewniany, modrzewiowy kościół parafialny w Gorzkowicach, wybudowany przez byłego właściciela miejscowych dóbr Franciszka Zarębę w latach 1772 – 1773 r., starannie utrzymywany, wydawało się, że przez długie lata będzie jeszcze służyć. Stojąc na wysokim nasypie, otoczony wieńcem starych lip, bardzo malowniczo przedstawiał się oku podróżujących przechodzącą tuż obok koleją. Ta pamiątka dawnych czasów spłonęła całkowicie, podobnie jak bliskie jej domostwa. Była to klęska dla całej ubogiej parafii. Bardzo szybko pod przewodnictwem proboszcza, który nie tracił nadziei, że dzięki pomocy dobrych ludzi będzie mógł na miejsce kościołka drewnianego zbudować nowy murowany, zawiązał się komitet. Uwieńczenie tych planów nastąpiło bardzo szybko, bo już w 1899 roku.

Przemysław J. Łaski

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*