Gorzałka, muzyka i tańce – karczmarska tradycja ostatkowa

Żaden dzień karnawałowy na wsi nie był tak pełen radości i swawoli, jak ostatki, dostarczające ludności wiejskiej wiele emocji. W dniu tym urządzano huczne zabawy. Czy miały one jednak związek z chrześcijańską tradycją do których odnosił się przecież ten dzień? Jan Cybula, światły włościanin z Kiełczówki pod Moszczenicą w parafii wolborskiej, w roku 1889, w ostatni wtorek zapustu, tuż przed wielkim postem, przechodził obok karczmy w pewnej okolicznej mu wiosce (nie wymienionej z nazwy). Usłyszał z niej granie na skrzypcach, odgłos bębna i przeróżne krzyki. Jego opowieść daje nam duże wyobrażenie o ówczesnej formie ostatkowych zabaw.

Przystanąłem na chwilkę i domyśliłem się zaraz, że to pewno ludzie wyprawiają takie huczne ostatki. Ciekawy byłem tam zajrzeć, a przytem zachciało mi się zapalić papierosa, zapałki zaś nie miałem. Wszedłem tedy tam i rzekłem: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!”— „Na wieki wieków, amen”-odpowiedziano mi w kilka głosów. Rzuciłem oczyma po całej karczmie, a tu mnóstwo ludzi zgromadzonych siedzi wkoło ścian na ławach za stołami. Przed nimi na stołach butelki z wódką. Nalewają z nich sobie wciąż, że tylko kieliszki brzęczą. Każdy prawi to o tem, to o owem, aż trudno kogo słyszeć i zrozumieć w takiej wrzawie. W najdogodniejszym miejscu przed oknem siedział muzykant na ławie. Był to jeszcze młody chłopak, pono aż z drugiej wsi sprowadzony, i rznął od ucha. Bębenista także samo w bęben dobrze bił, jeno jęczało. Obok muzykanta na ławie po prawej stronie siedział jakiś pijak ze spuszczoną głową, w wytartej sukmanie. Czasem tylko podniósł głowę i spojrzał zpod dużego daszka czapki mętnemi oczyma, a obróciwszy się do muzykanta, zaśpiewał coś chrypliwym głosem, i znowu opuszczał głowę, niby do drzemania.

W tańcu tylko jedna para ludzi się wałęsała… Ale taki taniec, to Boże zmiłuj się! Ów tanecznik był to jakiś stary, podpiły już doskonale chłop, rozebrany do koszuli, z czapką na głowie nawróconą na bok; a prowadził też jakąś starą babę, tak samo pijaną jak i on, i wykrzykiwał na całe gardło, co mu tylko na myśl przychodziło […].

Tego starego tanecznika także i syn był w karczmie. On to bębnił muzykantowi, i tylko kiedy niekiedy spojrzał na ojca i uśmiechał się. Ale nareszcie widzi, że ojciec już nie może tańczyć, bo mu się tylko nogi plątały od gorzałki i utykał z kąta w kąt. Tak syn wstał i wziął ojca pod rękę, przyprowadził do ławy i umieścił między drugimi. No, i dobrze zrobił, – pomyślałem, – widać dba o ojca i nie chce, żeby się stary poniewierał i na pośmiewisko się wystawiał.

Niedaleko ode mnie stał jakiś chłop w rogatej czapce, i trzymając fajkę w zębach, puszczał kłęby dymu. Więc ja przybliżyłem się do niego i zapytuję z cicha: – A co, tu u was takie huczne ostatki wyprawiają? – A takie – odpowiedział. – Ho-ho! to u was bardzo brzydki zwyczaj! – Jak to brzydki zwyczaj? – A bo u was, jak widzę, po trzeźwemu ludzie bawić się nie umieją. Najmilsza dla nich zabawa, to butelki i kieliszki, a jak się który upije, że już na nogach dobrze ustać ni chodzić nie może, to dopiero idzie w taniec. Takiż tam i taniec, takie tam i śpiewki a krzyki nierozumne! – Prawdę mówisz, mój człowieku, – odpowiedział zaczepiony przeze mnie. Żeby się choć na tem skończyło, jak tu widzisz teraz… Ale jak nadejdzie wieczór, to tu będzie taki tłok, że trudno palca wetknąć między łudzi. Wieczorem to już wszyscy ze wsi poprzychodzą do karczmy, kto tylko jest, i młodzi i starzy. Nawet i z innych wiosek, gdzie nie ma karczem, młodzież przyjdzie. Jednakowoż teraz to już nawet i połowy tego nie bywa, jak bywało w ostatki przed laty, za naszych ojców, a nawet i za mojej pamięci:

Dawniej ludzie od samego rana gromadzili się w karczmie. Tam pili, tańczyli niby na weselu, a jak im się naprzykrzyło, to wracali do domów, odpoczęli trocha, najedli się mięsa, jajecznicy do syta, i dalejże znowu do karczmy. A we wieczór przybiegli także parobcy i dziewczęta. Potańczyli cokolwiek z początku, później postawili na środku karczmy stół, wybrali najlepszego tanecznika z pomiędzy parobków, ten brał dziewczyny, wyciągał jedną po drugiej z kątów, i tańczył wkoło stołu. Wtenczas z parobków występował który, położył parę groszy na stole, a to się znaczyło, że wykupił dziewczynę. Więc ów tanecznik już ją puszczał, a brał inną w taniec. Która zaś dziewczyna nie trzymała przyjaźni z chłopakami, to ją żaden nie wykupywał, aż tanecznikowi sprzykrzyło się ją prowadzać, więc stawiał w kominie, drudzy znów przynieśli wiązkę siana i dawali jej, żeby jadła. Nazywało się to, że na wypas dziewucha jest postawiona. Wtenczas wszyscy mieli tyle śmiechu, aż się za boki brali, a dziewczyna tak się rumieniła ze wstydu, jakby w ogniu stała. Wolałaby się nawet karczmy na zawsze wyrzec, gdyby się była spodziewała, że z niej tyle śmiechu będzie. Za pieniądze, których nazbierali za wykup dziewuch, chłopaki brali później wódkę i częstowali się wszyscy z dziewuchami. Przy tej zabawie wziął który zbytnik torbę, nasypał popiołu, uwiązał ją na jakim długim kiju i trząsał nad głowami ludziom. To miało znaczyć, że już Popielec nadchodzi. Nareszcie parobcy brali muzykanta na powrósło i wieszali u jakiego haka. Wtedy znów starzy składali po parę grosy i wykupywali muzykanta. I to wszystko szło dla tych młodych na gorzałkę. A co gorsze, to, że jeszcze we środę popielcową bywało granie, a potem we czwartek mięso jedli, jakby im mało było mięsopustu.

Opowiadania nieznajomego chłopa (bardzo cenny dla nas przekaz XIX-wiecznego lokalnego zwyczaju ostatkowego i związanych z nim ludowych zabaw), Cybulę wówczas bardzo zasmuciło, a najbardziej to, że ludzie ciemni, ciągle tylko z wódką mieli do czynienia i nie rozumieli czy nie znali przepisów naszej wiary świętej.

Minął wiek z okładem, a relacja Cybuli i opowieść jego rozmówcy z karczmy w pewnych względach, jakby nadal aktualne… przynajmniej zwyczaj picia gorzałki przetrwał po dziś dzień.

na podst. Gazeta Świąteczna 1889, opr. red.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*