Gorzałka i tytuń, dawna klątwa wsi – z listu Jana Cybuli z Kiełczówki


Czy to z pijaka jest kiedy dobry gospodarz? czy on grunt doprawi, czy on obsieje? – pyta Jan Cybula, najpewniej najświatlejszy pod koniec XIX w. mieszkaniec Kiełczówki, wioski leżącej przy szlaku kolejowym między Piotrkowem a Koluszkami. Z jego listu z 1887 roku dowiedzieć się można także o zdradliwym nałogu palenia tutuniu.

Gorzałka śmierdząca…

W naszej okolicy dużo się znajdzie takich gospodarzy, co choć mają dobre grunta, a do tego lasy i łąki, to im gorsza bieda i więcej mają długu, niż my, choć nie mamy nic więcej, tylko jeden grunt, i to jeszcze lichy. Niechbyśmy tylko mieli ich grunta, a oni nasze, tobyśmy wtenczas obaczyli, jak by oni wyszli; nam wtedy chciałoby się żyć, nie umierać, ale oni by żadnej rady nie dali sobie. A co ich wprowadza w biedę i w długi, jeśli nie ta gorzałka śmierdząca?

Czy to z pijaka jest kiedy dobry gospodarz? czy on grunt doprawi, czy on obsieje? Tylko ludzie sieją w procencie, a on coraz więcej robi długu. Później nie ma skąd oddać i musi sprzedać gospodarkę. Czasami to nawet nie starczy, i dość ludziom naprzepada. Cóż mu kto weźmie, kiedy on nie ma nic? Wtenczas on i gorzałkę przestanie pić, bo już nie ma za co; ale z czego będzie żył ze swoją rodziną? Musi iść w służbę do dworu, albo gdzie na wyrobek,—i dopiero wtenczas żałuje, radby pracować; ale już późno, bo się tego nie dorobi, co wprzódy miał.

U nas [w Kiełczówce – przyp. red.], Bogu dzięki, jeszcze żaden gospodarz nie przepił gospodarki, ani przez próżniactwo nie zmarnował jej. Bo też, co prawda, i karczmy u nas nie ma; a choć nawet była przed paru laty, to ludzie harowali koło gospodarstwa, a karczma stała próżna, aż nareszcie ją zamknęli. To też gospodarze u nas są zawsze trzeźwi, pracowici i pobożni; nie włóczą się też po sądach, bo tu nigdy nie zobaczysz bitwy, ani kłótni, ani narzekania na szkody, które jeden drugiemu zrobił, jak to gdzie indziej się zdarza. U nas tego nie ma, — to aż miło żyć wśród takich ludzi; Między młodymi nijakiej rozpusty ani zgorszenia niéma. Gdzieindziej młodzież w niedziele i święta wyprawia hulatyki, w których bez kłótni się nie obejdzie, a nieraz i do bójki przyjdzie. U nas cicho, spokojnie,—wszystko idzie po bożemu.

Tytuń

Wypada mi jeszcze wspomnieć o brzydkim nałogu palenia tytuniu, który się tak u nas rozpowszechni!’, że go trudno wykorzenić. Ale to nie tylko u nas, bo w całej okolicy naszej. Już nie mówię o starszych, ale o tych niedorostkach, co jak się zbiorą, w gromadę i zaczną ćmić papierosy, to aż niemiło patrzyć. Nadto u każdego niedorostka musi być tytuń w kieszeni w pudełku, zapałki i papier. Żeby jeszcze dobry jaki tytuń, ale tę ta machorka, która gorsza od trucizny. Każdy niedorostek stara się jak tylko może, żeby miał co palić, a jak mu braknie, to powiada, że się nie może obejść. Zaraz czem prędzej idzie do swego kolegi, a jeśli u niego nie może dostać, to idzie do starszego palacza i łagodnie go podchodzi, żeby mu choć ze swego papierosa dał pociągnąć. Żeby to choć jaki smak był w tem! ale tylko gorycz, więcej nic.

A ileż to przez te papierosy pożarów zdarza się na świecie! Czasem cała wioska pójdzie z dymem; kilkanaście rodzin zostanie bez dachu, bez chleba, bez żadnego mienia,—a ludzie nie zwracają na to uwagi, lekceważą to sobie… 

Jan Cybula, 1887 / red.

Udostępnij ten artykuł swoim znajomym:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *