Dwór moszczenicki w czasach Sadowskich

Smutny obraz ruin pięknego niegdyś dworku w Moszczenicy pod Piotrkowem, nasuwa nam myśl o czasach, gdy w jego murach tętniło życie, a w pięknym parku ze stawem nie roiło się jak dziś od śmieci i pustych już butelek pozostawionych przez wielbicieli picia alkoholu w krzakach.

Jan Adam Ostroróg Sadowski – były oficer wojsk polskich 1830-1831, doktor obojga praw, deputowany powiatu humańskiego, malarz, właściciel dziedzicznego majątku w Lewkówce na Ukrainie – w 1850 roku ożenił się z 19-letnią Aleksandrą Pęcherzewską. Małżeństwo nie było jednak zadowolone z ukraińskiego majątku. Z Lewkówki było daleko do kolei, do doktora, a ukraińskie drogi bywały często nie do przebycia. Co gorsza, ich pięcioro z sześciorga urodzonych tam dzieci zmarło. To wszystko skłoniło Jana Adama do sprzedania Lewkówki sąsiadowi Potockiemu i przeniesienia się do Królestwa Polskiego, gdzie jego młodszy brat Józef miał odziedziczone po ojcu posiadłości w Radomskiem.

Wybór padł na piękny majątek w Moszczenicy, położony nad nad bystrą rzeką Moszczanką, z dużym, wygodnym, murowanym domem, w którym wychodzące na południe okna salonów oraz jadalni były jak drzwi duże, całe oszklone do dołu i otwierały się jak drzwi prosto na ogród – jak czytamy we wspomnieniach Janiny Umiastowskiej, córki Jana Adama (Szmat ziemi i życia…, Wilno 1928).

Kupiony w 1856 roku majątek miał obszar przeszło 300 włók – był prześliczny park ze stawami, z wielką oranżerją, figiarnią, cytryniarnią i pomarańczarnią, z ogromną murowaną gorzelnią, ślicznemi zabudowaniami gospodarskiemi, z murowanym kościołem. Aleje wysadzane kasztanami i akacjami łączyły majątek Moszczenica z należącym również do Sadowskich majątkiem Rękoraj, z folwarkami Kossów i Pomyków, z tartakami oraz lasami.

Jan Adam rozumiał, że Moszczenica jest doskonałym miejscem dla zastosowania tam przemysłu, a całe gospodarstwo urządził na sposob zagraniczny. Wybudował tartaki parowe dla wywożenia desek zagranicę, wybudował cegielnię. Tartak moszczenicki miał swoją odnogę kolejową, na ktorej stawały wagony i zabierały deski. Sprzedawano tam drzewo opałowe: sosnowe w klocach i sążniach, dębowe w sążniach, miary reńskiej; drzewo budowlane: belki, bale, deski sosnowe i słupki dębowe obrobione na 8 stóp długości, a 6 do 8 cali kwadratu. Cegielnia oferowała m.in. cegłę prasowaną, dachówkę oraz dreny.

Nie wszystkie plany dało się jednak zrealizować, bo 13 kwietnia 1868 roku Jan Adam zmarł w Moszczenicy na zapalenie płuc, pozostawiając żonę Aleksandrę z czwórką dzieci (dwaj starsi synowie Piotr i Aleksander tuż przed śmiercią Jan Adam odwiózł do Jezuitów we Francji, do Moszczenicy przyjeżdżali tylko na wakacje). Pochowany został na miejscowym cmentarzu.

Aleksandra Ostroróg Sadowska została młodą wdową. Poświęciła się wyłącznie dzieciom, gospodarstwu i interesom. Po śmierci, jeszcze na Ukrainie, pierwszej córki, miała siedmiu synów pod rząd, dlatego szczęśliwa była z przyjścia na świat w 1860 roku drugiej córeczki Janiny tak bardzo, iż ofiarowała ją Matce Boskiej Częstochowskiej i podobno do ósmego roku życia ubierała wyłącznie w niebieskie kolory.

Aleksandra była osobą bardzo pobożną. Wraz z swoją wychowanką hrabiną Pauliną (córką zmarłego Józefa Ostroróg-Sadowskiego) zorganizowała pieszą pielgrzymkę z Moszczenicy do Częstochowy. Do pielgrzymki przyłączyli się znajomi i krewni oraz mieszkańcy sąsiednich wiosek. Do Moszczenicy pielgrzymi powrocili koleją. Nabożeństwo majowe, na ktore zbierali się wszyscy domownicy i służba, odprawiała Aleksandra zawsze wieczorem po pracy, w wychodzącej na ogród oszklonej małej werandzie przy domu. Utrzymywanie porządku w tej kapliczce, na ołtarzu, oraz ozdabianie go kwiatami było obowiązkiem małej Janiny. Do najmłodszego syna, urodzonego w 1963 roku Kazimierza, należało zaś sprzątanie, zapalanie i gaszenie świec oraz dzwonienie. Latem Aleksandra wstawała podobno o piątej rano i udawała się z garderobiannemi przez kwieciste łąki do kościoła. Zimą zaś rankiem, po śniegu w świetle latarek, udawała się na roraty.

Córkę Janinę wychowywała stale przy sobie, mając dla niej jedną nauczycielkę – Polkę, drugą – cudzoziemkę. Kazimierz miał nauczyciela. Lekcje religii dawał proboszcz, sędziwy ksiądz Józef Kempski, który prawie codziennie odwiedzał dwór i miał tam stałe honorowe miejsce przy stole. W niedzielę przyjeżdżał drugi proboszcz, ksiądz Marceli Januszkiewicz z majątku Rękoraj (należącego do parafii Srock).

Na dworze moszczenickim było zawsze gwarno i wesoło. Latem odbywały się „wyścigi konne” – wokoło dużego klombu lub przez park prosto do gorzelni. Urządzona była nawet niby to trybuna z sędziami, którzy rozdawali medale w formie monet przedziurawionych, złotych, srebrnych i miedzianych na czerwonych lub niebieskich kokardach. Konno jechali trzej synowie, nauczyciele, nauczycielki i goście. Nawet mała Janinka brała udział w wyścigach na swoim, przybranym w kolorowe frędzle i dzwonki osiołku, przy którym biegł, podganiając go, stały jego furman Bartek. Oczywiście Janina przybywała na osiołku ostatnia, co zawsze przyjmowano oklaskami i śmiechem. W parku na trawie żołnierze wybudowali najrozmaitsze urządzenia gimnastyczne. Latem przyjeżdżał z Piotrkowa nauczyciel gimnastyki. Wówczas synowie i młodzi goście popisywali się zręcznością. Zimą pod kierunkiem nauczyciela z Piotrkowa odbywały się lekcje tańca, na które przyjeżdżali goście z sąsiedztwa. Urządzano amatorskie teatry, jeżdżono po lodzie na łyżwach i na sankach.

Dużo uwagi przywiązywano do świąt:

Gdy nadchodziły święta Bożego Narodzenia, każde z dzieci samo wybierało jedno drzewko prosto z lasu dla siebie i wszyscy razem ubierali jedno lub dwa drzewka dla spodziewanych na Święta gości. Każde z dzieci wyklejało z papieru, według wskazowek nauczycielek, rozmaite łańcuchy kolorowe, koszyczki, pudełeczka, lalki, malowane anioły; matka zaś rozdawała owoce, pierniki, bakalje i świeczki dla ubrania drzewek. Przygotowania te trwały kilka tygodni. Każdy musiał sam udekorować swoje drzewko, a wszyscy razem przyspasabiali drzewka dla gości. Jakież to rozmyślania były i w sekrecie robione ozdoby, żeby własne drzewko było jak najlepiej ubrane! Stołowy pokoj był badzo duży i obok salon także ogromny; więc po Wilji wychodziło się z jadalni do salonu gdzie jaśniało już — bywało — cztery, pięć, sześć drzewek rzęsiście oświeconych. Widok był niezwykle ładny. Z za drzewek rozbrzmiewały kolędy śpiewane przez dzieci służby, ktorym wszyscy wtorowali i następowało rozdawanie niespodziankowych podarunków.

Niedaleko od dworu, drogę prowadzącą do majątku Rękoraj, przecinała Droga Żelazna Warszawsko-Wiedeńska. Miejsce to, zamykane z obu stron barierami, nazywano Przejazd. Dzieci chodziły tam często na spacer, a już na pewno wtedy, gdy znajomi wracający z Warszawy lub z zagranicy, uprzedziwszy którego dnia będą przyjeżdżali, rzucali dzieciom przez okna wagonu cukierki i inne podarunki. Pociąg w Moszczenicy się nie zatrzymywał. Baby, najbliższa stacja drogi żelaznej, oddalona była o trzy wiorsty od dworu moszczenickiego. Często jeżdżono tam spacerem dla porozmawiania z przejeżdżającymi znajomymi. Jak wspomina Janina Umiastowska, nazwa stacji była często powodem żartów:

Nazwa stacji „Baby” bywała dawniej i później często powodem śmiechu gdy pociąg stawał a konduktor wołał „Baby, wysiadać!”. Podróżni widząc wsiadające na stacji nader często dwie bardzo niemłode hrabianki Małachowskie z Moszczenicy, byli przekonani, że konduktor omylił się lub zażartował sobie wołając: „Baby… wysiadać!”.

Do oddalonego o 10 kilometrów od dworu Piotrkowa jeżdżono końmi przez las lub koleją. Podróżowano tam do teatru albo dla interesów i za sprawunkami. Podróż do Warszawy, gdzie od 1870 roku przebywali zabrani z toczącej wojnę Francji dwaj starsi synowie, od stacji Baby kurierskim pociągiem trwała trzy godziny.

Około 1876 roku, po dojściu do pełnoletności starszego syna Aleksandry, Piotra Ostroróg Sadowskiego, rada familijna uważała za stosowne oddać jemu Moszczenicę z warunkiem spłacenia nieletniego rodzeństwa. To była wielka pomyłka, bo młody dziedzic był podobno lekkiego charakteru. Aleksandra wyjechała wówczas z córką Janiną na stałe do Warszawy, a do momentu sprzedaży dworu w Moszczenicy bywała jedynie latem. Potem przyjeżdżała tam już tylko na grób męża Jana Adama Ostroróg Sadowskiego. Piotr już w 1880 roku dobra moszczenickie sprzedał.

Dziś po czasach świetności moszczenickiego dworu nie ma już śladu. Mimo wpisania do rejestru zabytków miejsce to jest bardzo zaniedbane i pozostawione w użytkowanie tylko naturze i miejscowym miłośnikom alkoholu. Po zarośniętym krzakami i chwastami, pozbawionym dachu dworze biegają szczury, walają się śmieci i puste butelki po alkoholu. Z drugiej strony może to i dobrze, bo dworek nie traci w ten swojej tajemniczości? Po taki „majątek” nie zgłosi się również żaden „spadkobierca”. Jedynie na cmentarzu do dziś wyróżnia się dobrze utrzymany nagrobek Jana Adama, a w kościele wmurowana tablica pamiątkowa upamiętnia byłego właściciela dworu, jego żonę oraz syna Aleksandra.

Tekst i foto: Przemysław J. Łaski

Czytaj też: Wilscy na dobrach moszczenickich

Udostępnij ten artykuł swoim znajomym:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *