Co wydarzyło się na polu pod Goleszami?

Nauczyciel wiejski gminy Golesze Jakub Zaremba wyjeżdżając około 4 po południu w czwartek 2 lutego 1871 roku z Golesz w kierunku Wolborza spostrzegł w oddali ogromną ilość wojska zalegającego pole pod lasem. Wojsko nie było niczym dziwnym w owych czasach, ale zastanowiła go jego ilość. Wystraszony wpadł do najbliższej chałupy i opowiedział co się stało. Momentalnie cała wieś była zaalarmowana, wszyscy wybiegli, widząc podobno, jak dwa nieprzyjacielskie wojska toczą śmiertelny bój. Całe to niewytłumaczalne dla zgromadzonych zjawisko miało trwać aż do zachodu słońca. Jak czytamy w relacji ówczesnego wikariusza wolborskiej parafii, księdza Justyna Gryglewskiego wyglądało ono tak:

Oddziały piechoty i konnicy w odstępach różnych tworzą zygzakowate, daleko sięgające linie bojowe. Wyróżniają się chorągiewki i czapki ułańskie, nawet kształty mundurów, ale koloru różnicy nie ma, twarze też niewyraźne wszystko jakoś zamglone. Tu szturmuje piechota, tam ściera się jazda, tu harcują pojedynczy jeźdźcy, uderzają na siebie kolumny, mieszają się z sobą, to znów odskakują lub ścigają się. Tam znowu oddziały kawaleryi stoją naprzeciw siebie nieruchome, przed każdym od działem jeździec z pałaszem w ręku również nieruchomy. Wtem pałasz się wznosi w górę rumak w podskokach sadzi naprzód, a za nim cały oddział. Toż samo dzieje się na przeciwnej stronie. Z pod kopyt końskich śnieg pryskający zaćmiewa niebo. Miesza się to wszystko chaotycznie w jedną czarną poruszającą się massę, która niby podminowana rozpryskuje się na wszystkie strony i tylko stosy sterczą na ziemi to ludzie i konie. Są chwile, w których bitwa tak się wyraźnie rysuje, że niby widać spadających z koni kawalerzystów lub obalających się piechurów, albo też biegające samopas konie. Wtenczas z pośród widzów wydobywały się krzyki przerażenia lub współczucia, a kobiety i dzieci przelęknione z płaczem do domu uciekały. Wszystko to przedstawiało się w bardzo blizkiej odległości. Postaci ludzi i koni, mimo swojej wyrazistości, niby mgłą okryte być się zdawały, chociaż niebo było pogodne. Te spostrzeżenia naturalnie oddziałały na uspokojenie się widzów i za chwilę rozsądniejsi wytłumaczyli obecnym, że to było tylko złudne zjawisko optyczne. Znalazło się nawet dwóch zuchwalszych, którzy pobiegli na miejsce zjawiska. Widziano jak przerzynali się przez kolumny wojsk, ale oni sami nic nie widzieli; po powrocie znów to samo przedstawiło się ich oczom. To wszystko trwało aż do ostatniego zniknięcia promieni zachodzącego słońca. W miarę jak słońce się chowało, wojska się wznosiły, głowy ich górowały nad lasem, aż wreszcie wszystko znikło w przestrzeniach.

Relacja z Golesz odbiła się szerokim echem w kraju. Doniesienie ks. Gryglewskiego drukowała i komentowała większość znaczących polskich czasopism, od Poznania po Lwów. Tłumaczono to mianem cudownego zjawiska (Katolik), złudnego widzenia (Chata) czy fata morgany, mamidła optycznego, mirażu, jak pisał Opiekun Domowy. Jak tłumaczono, zjawiska takie powstają na wielkich równinach, przy bardzo spokojnym stanie powietrza, a widziadło z Golesz miało być odbiciem toczących się w tym dniu starć między Francuzami i Niemcami przy granicy ze Szwajcarią, kończącymi wojnę francusko-pruską (1870-1871)

Władze dość sceptycznie podeszły do sensacyjnych doniesień z Golesz. Być może bały się, iż kilka lat po powstaniu styczniowym takie doniesienia o niezwykłych widzeniach, dodatkowo w dzień uroczystości Najświętszej Maryi Panny Gromnicznej mogą być odbierane jako znak Boski wzywający do walki o niepodległość. Dlatego też bagatelizowano całą sprawę poddając w wątpliwość relację ks. Gryglewskiego. W wychodzącej przy Moskiewskich Wiadomościach „Sowremiennaja Letopiś” pisano, iż zjawisko to jeśli w ogóle zaistniało było nienadzwyczajnym, zawsze jednak bardzo rzadkim faktem w historii fenomenów natury. Podawano, iż po zbadaniu sprawy przez naczelnika powiatu piotrkowskiego, okazało się, iż tak malowniczo opisany przez Gryglewskiego miraż, był niczym innym jak tylko gęstą mgłą powstałą wieczorem pod lasem wsi Golesze, która mogła rzeczywiście wydawać się fantastycznym obrazem w oczach wiejskiego nauczyciela i w oczach wielu wychodzących właśnie z karczmy włościan. Kilku świadków miało zeznać, że widzieli pod lasem ogromny poruszający się cień podobny do masy ludzi, jednak ludzi nie widzieli wyraźnie, tylko jakby jedynie głowy, nogi zaś zlewały się w jedną masę. Żaden z przepytanych przez naczelnika powiatu nie potwierdził że widział ułańskie chorągiewki, kaszkiety, czy nawet żołnierskie mundury. Nie widzieli też wściekłych ataków jazdy, ani stosu zabitych ludzi i koni. Nawet nie doznawali uczucia przerażenia. Znaczące jest też to, że ks. Justyn Gryglewski, autor krótkiego opracowania historii Wolborza i późniejszy kardynał i dziekan wieluński, opuścił niebawem (w 1872 roku) wolborską parafię.

Co naprawdę wydarzyło się 1871 roku na polach pod Goleszami nie dowiemy się prawdopodobnie nigdy. Co ciekawe, o podobnych, również z udziałem wojsk zjawiskach w Goleszach,  donoszono także w 1864 i 1886 roku. Czyżby tamtejsze warunki terenowe były idealne dla niesamowitych zjawisk, zbiorowych halucynacji czy cudów?

Przemysław J. Łaski

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*