Cholera w Sulejowie i śmierć proboszcza – we wspomnieniach Lucjana Rudnickiego

Otóż w r. 1894, tak bogatym w nadzieje, w końcu czerwca zaczęło się dziać coś niezrozumiałego. Były to zresztą już nie znaki i ostrzeżenia, lecz ciosy wywołujące trwogę. Oto taki Marcel Pietrusiński pojechał do Piotrkowa na furmankę, a przyciągnęły go konie sinego i bez ducha, w deskach. Zaraz potem Lubieniaczka poszła po chwast w pole w dobrym zdrowiu, a znaleziono ją po południu w cudzej koniczynie już zimną. Jeszcze jej nie zdążono pochować, a już zmarły taką samą galopującą śmiercią obie dorastające córki Alwingierki. Jezus, Maria! Ludziom ręce zaczęły opadać ze zgrozy. Aż tu gruchnęło, że w Przedborzu cholera. Teraz już każdy wiedział, co ma myśleć.

Norbertka widziała nawet pięty „sztergłego” Żyda, płynącego Pilicą. A miała ona dobre oczy: na pół staja odróżniała w lesie jadalne bedłki od trujących. W sprawę wdały się władze. Rozstawiono nad rzeką pikiety zabraniające czerpania wody do użytku domowego. Babka, świadoma sprawy z własnego przeżycia, a może tylko z opowiadań przodków, razem z innymi wpływowymi obywatelkami zajęła się zwalczaniem zarazy. Zwieziono z lasu kilka wozów jałowca i palono go na rynku miejskim. Tuż koło paleniska podmurowano kocioł do herbaty. Pito ją chętnie, dopóki cukru nie zabrakło. Tak jakoś w tydzień po założeniu kadzielnia jałowcowa razem z „cholerną arbatą” (bez cukru) zniknęła z placu. Nie pomagało. Ludzie marli coraz gęściej i nie tylko wyrobnicy, lecz przede wszystkim obywatelstwo. Ksiądz proboszcz Bisławski doradzał babce kieliszek dzięgielówki na czczo, ale ona wolała komunię, a potem miętę.

[…]

Był to naprawdę kochany ojciec duchowny: pozwalał łamać gałęzie na morwach, udawał, że nic widzi, gdy mu się zielone węgierki obrywało, lekcje katechizmu w niedzielę przed nabożeństwem były przedstawieniem…

[…]

Uważano mnie za niewinne dzieciątko, a ja upadałem pod ciężarem śmiertelnych grzechów. Wstydziłem się je księdzu-dziadziowi powiedzieć, a tu cholera. Codziennie umiera kilkanaście osób. Przerażała mnie myśl bezdennego piekła w razie śmierci, ale obawa kompromitacji przeważała i nie dopuszczała do aktu pokuty. Uchwyciłem się nadziei, która przekształciła się wkrótce w pewność, że mnie Najświętsza Panienka, którą kochałem gorąco, ponad wszystkie ziemskie, a nawet niebieskie cuda, ze śmiertelnymi grzechami na „tamten” świat nie puści.

[…]

Co poważniejsze obywatelki pod przewodnictwem babki postanowiły błagać św. Barbarę o wstawiennictwo. Stara Czaplikowska dziwiła się nawet, jak to im diabeł rozumy zmącił, iż zaczęły od jałowca i dzięgielówki. Uradzono posłać dwoje niewinnych dzieci po kweście: „Na wotywę do św. Barbary o odwrócenie pomoru”. Wybrano Manię Piekarską z przydomkiem Rujta, a na jej partnera mnie. Babka, co prawda, pesymistycznie patrzyła na moją niewinność, ale nie było wyboru, więc zdała się na opatrzność Bożą. Gdy mnie zawiadomiono o posłannictwie, uciekłem pod most i dopiero kategoryczne nawoływania matki przez tubę z rąk i wyjaśnienia, że tu idzie o przebłaganie Pana Boga, przekonały mnie do misji.

Wstydziłem się chodzić z dziewczyną i nie patrzyłem ani na nią, ani na ludzi obserwujących nas jak księdza po kolędzie. Zaraz na wstępie stało się widoczne, że na Manię nie mogę liczyć. Była zalękniona i niezdolna do wymówienia słowa. Więc krzepiąc się, urzędowo wchodziłem do mieszkań, chwaliłem Jezusa Chrystusa i trzymając kaszkiet z oberwanym daszkiem w rękach, recytowałem: „Na wotywę do św Barbary, patronki od morowego powietrza”.

Ludzie nie żałowali większego miedziaka, a tam, gdzie byli chorzy, dawano po kilka, błogosławiąc nasze poselstwo. W kilku miejscach mieszkania były zamknięte na mur. Dopiero na mocne pukania i głośną zapowiedź, że idzie o św. patronkę, ukazywały się wystraszone obywatelki i wtykały nam trojaki mokrymi rękami. Leczono tam chorych własnymi sposobami w tajemnicy, unikając sanitariuszy i karbolu, których się bardziej bano niż cholery.

Cholera — gadał rozkraczony sąsiad Matyśkiewicz — to taka sama śmierć jak inne. Wszystko w rękach Bożych. Ale przecie niejednemu Panbóg pogroził tylko chorobą. Pokrztusi się taki i wyzdrowieje, a jak te diabły sanitary dotkną się tylko do kogo i pokropią go swoją wodą, to już na pewno trup.

Rzeczywiście, nie było wypadku, żeby kto, żywy, barak choleryczny w Sulejowie opuścił. Wielu umierało, zanim ich donieśli. Ale i u siebie w domu tylko ze dwie osoby z chorujących ocalały i to z zatwardziałych grzeszników, którzy latami całymi u spowiedzi nie byli. Bóg się ulitował.

Śmierć nie próżnowała. W końcu lipca wywożono codziennie spośród trzechtysięcznej ludności na choleryczne cmentarze około dwudziestu chrześcijan i nie mniej Żydów.

Pogrzebów szarozakonnych nie było widać, bo większość ludności żydowskiej uciekła do pobliskiego miejskiego lasu, gdzie też i cmentarz urządzono. Żydzi zresztą niechętnie się przyznawali, że ktoś ich bliski umierał. Umarł — to umarł, byle nie mówiono, że na cholerę. Wyraz ten był zakazany wśród nich w czasie epidemii.

[…]

Pogrzeby ludności chrześcijańskiej szerzyły cały dzień grozę sądu ostatecznego. Co pól godziny gwałtowny i monotonny jęk wielkiego dzwonu, przeplatany arytmią średniego — odprowadzał na wieki wieków nowego skazańca i rzucał nową dawkę postrachu na cały podsądny padół sulejowski. Z początku ksiądz proboszcz odprowadzał zwłoki kilku zamożniejszych i zasłużonych obywateli osobiście, wkrótce jednak musiał wystarczyć każdemu bardzo rzadki pokropek przed kościołem, na wozie w drodze na cmentarz. Wbrew zwyczajowi orszaki stawały się coraz mniejsze. Ze suchych gardeł z wysiłkiem wychodziła pieśń. Często się zdarzało, że podtrzymywana tylko jednym, dwoma głosami — urywała się zupełnie i ludzie kroczyli za wozem niemo, z opuszczonymi głowami jak potępieńcy. Był kondukt pogrzebowy trojga rodzeństwa, za którym tylko matka całą drogę recitativo śpiewała: „Jagusi pomalowaliśta, Ignacowiśta pomalowali, Anieliśta nie pomalowali” (Trumny nie zdążono pomalować). Słuchając tego zawodzenia jedni mieli łzy w oczach, drudzy się głupkowato uśmiechali, a poniektórzy widząc, że złe starą Kmiecikowską opanowuje, żegnali się krzyżem świętym. Czasem tylko woźnica odwoził nieboszczyka z taką samą obojętnością, z jaką wywoził inne nieużytki.

Z początku przed pokropieniem ksiądz z organistą odśpiewywali krótkie egzekwie: „Zeby mu tam, zeby mu tam”. Niebawem musiała wystarczyć krótka modlitwa, jednakowy dla wszystkich pokropek i jednako żałosne, jąkające się zawodzenie dzwonów: „Olaboga! Olaboga!” To wszystko, czym kościół żegnał na zawsze swych parafian, bo ksiądz proboszcz od początku epidemii ani z Panem Bogiem, ani z olejami świętymi do konających nie chodził. Był sam na dużej parafii. Wikary, parobek, jak mówił, nie był mu w gospodarce kościelnej potrzebny. Ludność wypowiadała swą krzywdę z tego powodu bardzo nieśmiało. Przyjmowano i to jako dopust Boży, bo nie było lepszego księdza w całej okolicy. Targów o śluby, chrzciny, pogrzeby nie znano. Był przystępny i wyrozumiały dla wszystkich: był gospodarzem wśród gospodarzy.

I oto, gdy pani cholera coraz bezwzględniej szafowała śmiercią (Norbertka znowu pierwsza ją widziała: szła na Sulejów przez Pilicę cała w bieli, nie podkasawszy się nawet), gdy miasto tonęło w oparach karbolu i każdy, nie zapomniawszy się przy robocie, czekał na swą kolejkę, w nocy z poniedziałku na wtorek, „Ciut-ciut” przed świtaniem zaczęły dzwony bić w jedną stronę jak na gwałt pożarowy. Ale nikt obudzony, oknem nie wyglądał. Wszyscy od razu wiedzieli, że to ksiądz umarł. Wszyscy to przewidywali.

Ten i ów, nie zmówiwszy pacierza, szedł na górę kościelną na plebanię, żeby go jeszcze raz zobaczyć. A jak wszedł do przedpokoju i zobaczył wszystkie drzwi na oścież rozwarte, wolał przedtem zobaczyć, jak też ksiądz mieszka. A bogactwa w pięciu pokojach leżało jak u Malangiewicza w Piotrkowie. Czy można było obojętnie patrzyć na to nawet w czasie cholery? W najgorszym razie dzieciom się zostanie. Przecie to i tak rząd zabierze, bo ksiądz rodziny nie ma. Więc ten i ów zaczął zabierać rządowi sprzed nosa, co się dało schować za pazuchę, w gacie, pod kapotę. Jeżeli później przyganiano, to jeno przez zazdrość, bo rządu nie powinno się oszczędzać.

Filip Pieracki przyszedł z pacierzem do księdza już około piątej i zastał stoły i szafy puste. Poszedł więc z bólem przed zamknięte oczy dobrodzieja, odmówił „Zdrowaś Maria”, a spostrzegłszy budzik na nocnej szafce, podszedł bliżej, i tak się zapatrzył w zbolałe oblicze proboszcza, że zegar mu się sam zaplątał w fałdy kapoty. Widziała to Norbertka, opowiadała sąsiadom i pomstowała na zepsucie ludzi. Przecież ona całe pół godziny patrzyła na zegar, ale czy to jej przyszło do głowy, że można go zabrać?

Koło południa, nie zważając na cholerę, zjechały z Piotrkowa władze „kazny” i rzuciły się na resztki jak sępy na pobojowisko. Oblegali ich „pokrzywdzeni” sąsiedzi, podszeptując z uczuciem co, kto i gdzie, ale niewiele im ulżyło, bo nikt nie chciał szukać dla siebie zarazy, a dla „kazny” było już wszystko przez „sanitarów” spakowane i umieszczone pod pieczęcią. Rzeczy szczególnie choleryczne, a były wśród nich bardzo cenne, jak mahoniowa komoda, szafki nocne, materace, dywany, obrusy, bielizna — oddano na spalenie.

Pilnowałem właśnie gęsi na nieużytkach „Księżej Góry” i z wielkim zainteresowaniem przyglądałem się znoszeniu drogocenności do oddalonego podola. Z przykrością myślałem o takim marnotrawstwie i dziwiłem się, że nie układają stosu na wzgórzu, obok podola, gdzie rozłożono już słomę i gdzieby się wszystko lepiej paliło. Niebawem całą uwagę skoncentrowałem na fakcie niebywałym i niezrozumiałym dla mnie. Sanitariusze zaczęli zrzucać w słomę książki i gazety z obrazkami. Nie widziałem już nic więcej koło siebie. Zapomniałem o napomnieniach matki i o gęsiach, za co niedawno boleśnie oberwałem. Co to będzie, czy rzeczywiście te piękne gazety mają spłonąć? A tu już z drugiej strony poprzez dym bucha płomień. Dwóch rówieśników moich klaszcze w dłonie z radości, a ja nie mogę opanować wzruszenia. Łzy mi w oczach stanęły, a po chwili gotów byłem w oburzeniu gołymi rękami rozrzucać palenisko. Sposobność natychmiast nadeszła. Sanitariusze podpalili i odeszli w przekonaniu, że na papier nic trzeba dmuchać, żeby się palił. Tymczasem, gdy spłonęła słoma leżąca z boków, ogień ślizgał się tylko po papierze: paliły się jedynie luźno leżące karty. Szybkim ruchem ściągnąłem z wierzchu kilka foliałów, przytłumiłem nimi palącą się na brzegu słomę i chwyciłem oburącz tyle druków, ile mogłem jednarazowo podnieść. Właśnie jeden z sanitariuszy odwrócił się w stronę paleniska i ruszył ku mnie z krzykiem. Przyciskając do piersi skarb tlący się brzegami, pobiegłem w pole.

[…]

Ale sprawa puścizny po księdzu Bisławskim to rzecz drugorzędna. Nagadali się tylko ludziska o charakterze poszczególnych sąsiadów, naśmiali się przy tym głośno mimo cholery i ponurych przepowiedni pokutników. Bo jak się, moja kumo, nie śmiać, gdy Kuśmierkowa dowodzi, że czarne spodnie, które jej wypadły spod spódnicy, nie są księże, bo księża, powiada, w portkach nie chodzą, albo gdy taki Filip opowiada, że nie był u księdza tylko konia na pastwisko odprowadzał, a tu mu budzik ściągnięty zaczyna trajkotać za pazuchą. Czy to nie heca… Tu przecie nie od cholery, lecz od śmiechu można umrzeć.

Zastanawiające, że umierali przeważnie pokutnicy i tchórze. Wesołków z wyparzonymi gębami i odważnych, pewnych siebie zaraza omijała. Babka tłumaczyła to nieprzeniknioną dla ludzkiego sądu opatrznością Bożą. Bóg czeka na opamiętanie, nie chce zguby ani jednej duszy. Ksiądz nie powinien był umrzeć —grzeszył śmiertelnie nie chodząc z wiatykiem, ale z drugiej strony, ile to dusz poszło w ostateczną podróż bez oczyszczenia się z grzechów. Tam wszystko jest zważone i każdy wyrok jest sprawiedliwy, tylko ułomny człowiek pojąć tego nie może.

Panbóg, zabierając proboszcza, łaskawiej spojrzał na Sulejów.

Jednocześnie prawie z przyjazdem przedstawicieli „kaznaczejstwa” władze duchowne przysłały słabowitego, ale mocnego duchem wikariusza, księdza Cwilinga. Ten szedł lub jechał z Panembogiem na każde zawołanie. Grzeszne to słowa, ale ludność adorowała na ulicy padaniem na kolana Najświętszy Sakrament i księdza-bohatera w jednakowej mierze. Już przejechał, już dzwonka nie słychać, a wierni w dalszym ciągu na klęczkach towarzyszą mu wzrokiem.

Sulejów głębiej odetchnął. Było się na czym oprzeć. Opatrzność dała się odczuć. On mnie też nawiaduje, wie czego mi potrzeba, Najwyższy Pan z wysokiego nieba.

Rzeczywiście, od przyjazdu księdza Cwilinga cholera zwolna ustępowała. Coraz rzadziej dzwony alarmowały i tak coś we wrześniu zaraz zupełnie zanikła. Nawet Żydzi nie umierali.

[…]

Otóż cholera przestraszyła się dobrego księdza Cwilinga, popłynęła Pilicą na Nowe Miasto i utonęła w Wiśle.

 

Fragmenty książki „Stare i nowe” sulejowianina Lucjana Rudnickiego, opisujące lato 1894 roku, kiedy to Sulejów dotknięty został plagą cholery. Wspomniany ksiądz  Franciszek Bisławski, proboszcz w latach 1864-1894, zmarł na cholerę 12 sierpnia 1894 roku. Jego nagrobek na sulejowskim cmentarzu zachował się do dziś.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*