Tragedia „Miglanca” i spryt „Jaszy”, czyli co się wydarzyło pod Diablą Górą

Od lata 1943 roku ziemia radomszczańska i opoczyńska huczała od działań partyzanckich. Odpowiedzią ze strony hitlerowców była akcja „Unternehmen Oktober”. W dniu 24 października do spotkania jednych i drugich doszło pod Diablą Górą, wzniesieniem leżącym blisko 10 km od wschodniego brzegu Pilicy. Była to bitwa co się zowie – wspominał po latach jeden z jej uczestników.

Oddział GL im. Józefa Bema

Działający od czerwca 1943 roku w powiecie radomszczańskim partyzancki odział Gwardii Ludowej im. Józefa Bema, na początku października przekroczył Pilicę w okolicy Zygmuntowa. Tam też, w otoczonej łukiem rzeki i dużym lasem małej wiosce, partyzanci kwaterowali. Zygmuntów stanowił dobre miejsce wypadowe na tereny lewobrzeżnej Pilicy, gdzie partyzanci dokonywali m.in. rekwizycji żywności w wioskach zamieszkałych przez niemieckich kolonistów. Podjęto także współdziałanie z oddziałem Armii Krajowej „Wicher” – oba oddziały wspólnie przeprowadziły akcję na zamieszkaną przez Niemców wieś Klementynów.

W parę dni po tym wypadzie, 13 października 1943 roku oddział GL im. J. Bema rozbroił posterunek granatowej policji w Skotnikach, a na drugi dzień taką samą akcję przeprowadzono w Paradyżu. Oddział liczył wtedy 64 partyzantów, dysponował 1 ręcznym karabinem maszynowym (rkm), 60 karabinami, 9 fuzjami i 11 pistoletami.

Odpowiedzią zaniepokojonych aktywnością partyzantów Niemców, była akcja „Unternehmen Oktober”. W październiku 1943 roku Niemcy rozpoczęli przygotowania do tej szeroko zakrojonej akcji pacyfikacyjnej na terenie powiatu opoczyńskiego i koneckiego. W tym celu skoncentrowali znaczne siły w Sulejowie, Żarnowie i Przedborzu.

Żarnów

Gwardziści szykowali się tymczasem do kolejnych wypadów. Planowali przejść na teren powiatu radomszczańskiego, ale najpierw chcieli dokonać jeszcze jednej spektakularnej akcji w opoczyńskim. W sztabie odbyła się narada. Dowódca Władysław Matuszewski (Kowalczyk) ps. „Józek” postanowił wczesnym rankiem 24 października dokonać napadu na Żarnów. Nie wiedział o koncentracji tam sił niemieckich i o tym, że hitlerowcy planowali następnej nocy rozprawić się z partyzantami ściągając do Żarnowa dwa tysiące ludzi. Ewidentnie zawiodło rozpoznanie terenu.

Ze względów taktycznych siły partyzanckie podzielono na trzy grupy. Pierwsza, którą dowodził Jerzy Stelak ps. „Kruk”, miała opanować posterunek policji granatowej. Druga, którą dowodził Jakow Salnikow ps. „Jasza”, miała uderzyć na pocztę. Trzecia, pod dowództwem samego „Józka”, miała zająć mleczarnię i zniszczyć dokumenty kontyngentowe.

W nocy z 23 na 24 października gwardziści stali w sile około 150 ludzi w lesie odległym około 5 km od Żarnowa – wspominał „Kruk”. 24 października około godziny piątej rano, jeszcze przed wschodem słońca, oddział wyruszył w trzech grupach „marszem ubezpieczonym” w kierunku Żarnowa.

Diabla Góra widziana od strony wsi Klew

Do miasteczka pierwsza wkroczyła grupa pod dowództwem „Kruka”. Gdy znalazła się w pobliżu żarnowickiego rynku, dostrzeżono stojące tam pojazdy wojskowe, w tym samochody pancerne. Partyzanci byli mocno zaskoczeni. Nastąpiła natychmiastowa decyzja odwrotu.

Odwrót

Od tej chwili zaczęło się piekło, którego epilog rozegrał się na Diablej Górze – wspominał „Kruk”. On, wespół z Mieczysławem Janiczewskim ps. „Karol”, postanowili wycofać się do odległej o 15 km Diablej Góry. Tam też miały podążać pozostałe dwie grupy partyzantów.

Gwardziści zaczęli pośpiesznie opuszczać miasteczko i uciekać polami. Niemcy zauważyli ich jednak na ulicach Żarnowa i otworzyli ognień z ciężkiej broni maszynowej, rozpoczynając jednocześnie pościg tankietkami. W składzie sił hitlerowskich które ruszyły w pogoń za partyzantami byli także członkowie kolaboracyjnej Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej (tzw. własowcy) oraz złożona z Polaków policja granatowa. Niemcy, nie mogąc poruszać się po polu swoimi „pancerkami”, jechali drogą. Szczęśliwie partyzantom udało się wycofać bez strat do najbliższego lasu, a zdezorientowani Niemcy pojechali okrężnymi drogami.

Tymczasem wstawał mglisty dzień. Partyzanci po przejściu już około 10 km na przełaj przez las, odpoczęli nieco na szosie Żarnów – Skórkowice. Następnie znowu zaczęli kluczyć bocznymi drogami w kierunku Siucic i Ruszenic. Po drodze mijali całe kompanie ludzi podążających na odpust do Skórkowic – wypadał on 18 października, ale wtedy przeniesiony był na niedzielę 24.

Ludzie w mijanych wsiach przyjmowali partyzantów czym kto mógł. Szczególnie wdzięczni byliśmy wtedy za mleko, które podawano nam całymi baniami – wspominał „Kruk”.

Próba ucieczki

Diabla Góra – wzniesienie o wysokości 285 m n.p.m., ze względu na niewielką stosunkowo powierzchnię zalesioną, nie była może idealnym schronieniem dla partyzantów, ale przynajmniej urwiste stoki stanowiły naturalną zaporę.

Około godziny 11 przed południem partyzantom z grupy „Kruka” udało się osiągnąć Diablą Górę w rejonie wsi Klew. Ściągnęły tam też pozostałe grupy. Zaraz po przybyciu partyzanci rozbili obóz na skraju lasu w sąsiedztwie gospodarstwa niejakiego Kaczmarka, który pomagał im w przyrządzaniu strawy. Wydawało się, że udało się zgubić pogoń. Niestety, partyzantów wyśledził samolot „Storch” („Bocian”).

Opuszczone gospodarstwo na zboczu Diablej Góry

Zaraz po rozbiciu obozu zwiadowcy donieśli, że hitlerowcy idą na Diablą Górę w tyralierze. Postanowiono ponownie oddział podzielić na trzy plutony, w podobny sposób jak to miało miejsce przed wypadem na Żarnów – jeden pod dowództwem „Józka”, drugi „Kruka”, a trzeci „Jaszy”. Ten ostatni składał się w przeważającej części z partyzantów radzieckich zbiegłych wiosną 1943 r. z obozu jenieckiego w Częstochowie.

Dwa pierwsze plutony miały od razu przedzierać się do lasu rzeczkowskiego, a trzeci zaopatrzony w rkm i lepszą broń, miał osłaniać odwrót i jednocześnie powoli wycofywać się.

W myśl rozkazu, około godziny 13 grupa „Kruka” zaczęła przedzierać się przez zachodni stok góry nieopodal wsi Brzezie. Niestety Niemcy zdążyli we wsi postawić już patrol. „Kruk”, „Karol” i Tadeusz Kupczyński ps. „Tadek” jako szpica grupy przeszli już jakieś 500 metrów od Diablej Góry, kiedy Niemcy z Brzezia zauważyli partyzantów i otworzyli ogień. Cały pluton cofną się do lasu, ale wspomniana trójka była już za daleko by się cofnąć i zaczęła przeć ostro do przodu ostrzeliwując pozycje Niemców. Minęliśmy właśnie kapliczkę stojącą na polach Brzezia, kiedy „Tadek” dostał rykoszetem w głowę i padł na miejscu trupem – wspominał po wojnie „Kruk”, któremu z „Karolem” udało się dotrzeć do lasu. Stamtąd już tylko obserwowali rozpoczynającą się na Diablej Górze bitwę.

Bitwa co się zowie

Gdy pierwszy wypad oddziału „Kruka” nie udał się, jego ludzie oraz partyzanci z plutonu „Józka” zajęli stanowiska na stoku góry w gęsto zarośniętym jodłą terenie. Czekano na atak hitlerowców. Była to bitwa co się zowie – wspominał Józef Trębski ps. „Stefan”, przydzielony z rkm do plutonu „Jaszy”, który miał osłaniać odwrót. Naplułem w garść, zająłem przygotowane miejsce przy rkm i czekałem – wspominał. Plutony „Józka” i „Kruka” poszły w rozsypkę. Każdy z partyzantów walczył na własną rękę i od czasu do czasu słychać było pojedyncze strzały po całej górze. Pluton „Jaszy” z 18 partyzantami trwał na miejscu. Oprócz rkm, mieliśmy do dyspozycji bodajże 2 automaty, ponad 20 Mannlicherów, a prócz tego każdy z nas miał po 5 granatów, całą masę amunicji i materiału wybuchowego – wspominał „Stefan”.

Po upływie pół godziny od przybycia pod Diablą Górę siły hitlerowskie pod osłoną broni maszynowej rozpoczęły natarcie zbliżając się do gwardzistów tyralierą. Partyzanci dopuścili ich na jakieś 50 metrów. Dopiero wówczas odezwał się rkm, a zaraz potem – pistolety maszynowe, karabiny. Kto nie miał z czego strzelać walczył granatem – wspominał „Stefan”. Zaczęła się bitwa, która trwała przeszło cztery godziny.

Po nieudanym pierwszym ataku Niemcy wycofali się, a partyzanci z oddziału „Jaszy” zmienili stanowisko. Powtórny atak niemiecki nastąpił około godziny piętnastej. Tym razem Niemcy opanowali już dukty między zagajnikami.

– Chłopcy, poddajcie się! – zaczęli wołać granatowi policjanci. Mal’chiki, sdavaytes’! – krzyknęli to samo własowcy do radzieckich partyzantów. Dowódca oddziału GL „Józek” przeczuwając najgorsze, wydał ponoć rozkaz ukrycia w ziemi cennych rzeczy osobistych.

Wytrwać do zmroku

Gwardziści mieli mało amunicji, ale atak niemiecki po raz kolejny zastopował odzywający się rkm. Hitlerowcy czekali cicho w zaroślach, po czym podjęli jeszcze kilka nieudanych ataków. Strzelali chaotycznie jeden do drugiego i widać było, że wypuścili inicjatywę z rąk. Bali się zdecydowanej akcji obawiając się pułapki w lesie. Ostrzeliwali partyzantów z daleka ze swoich granatników. Partyzanci tymczasem starali się robić wrażenie – wykorzystywali materiał wybuchowy do robienia hałasu, wysadzali drzewa i skały.

Widok ze zbocza Diablej Góry

Otoczeni ze wszystkich stron gwardziści długo odpierali ataki Niemców, dokonywane już z coraz mniejszym nasileniem. Cel partyzantów był prosty: wytrzymać napór niemiecki do nadejścia nocy.

Atak hitlerowców z nadejściem zmroku osłabł. Zaczęli nieco wycofywać się celem przytrzymania partyzantów w okrążeniu do rana. Jednocześnie załadowali na samochody swoich zabitych i rannych i wywieźli ich.

Partyzanci wykorzystali noc i osłabienie ognia. Pochodzący z często nieodległych wiosek, znali lepiej wszystkie ścieżki wokół Diablej Góry. Według historyka Ryszarda Nazarewicza, „Jasza” wykazał się sprytem i przemówił nocą do własowców uformowanych w tyralierę, uzyskując chwilowe przerwanie ognia. Ten moment wystarczył by grupa partyzantów pod osłoną drzew i ciemności przebrnęła przez pozostałą lukę w okrążeniu i potem lasem między Wacławowem a Brzeziem skierowała się w lasy rzeczkowskie.

Rano hitlerowcy już nikogo żywego nie zastali na Diablej Górze.

Miglanc” i inni

Pod Diablą Górą partyzanci z rozbitych grup „Kruka” i „Józka” walczyli na własną rękę do ostatniego naboju. W ogólnym zamieszaniu m.in. ranny został Jerzy Jakubiak ps. „Miglanc”. Młody chłopak strzelał z determinacją w podchodzących Niemców, ale zaczęło brakować mu amunicji i szybko tracił siły z upływu krwi. Nie chciał być jednak schwytany żywcem. Wysłany dzień po bitwie partyzancki patrol znalazł „Miglanca”. Leżał on nieżywy za kamieniem, chroniącym go przed niemieckimi pociskami. Obok niego leżały 74 łuski karabinowe i zdjęty z prawej nogi but. Wystrzelawszy wszystkie naboje, a nie chcąc się oddać do niewoli, palcem nogi nacisnął język spustowy karabinu, popełniając w ten sposób samobójstwo…

Kamień za którym bronił się „Miglanc”

Patrol znalazł jeszcze ciała dwóch zabitych partyzantów – „Tadka”, który zginął pod Brzeziem przy pierwszej próbie wypadu oraz niejakiego Koneckiego z Kawęczyna.

Zabitych partyzantów pochowano w prostym żołnierskim grobie, tam gdzie zginęli, wśród zarośli Diablej Góry. Straty niemieckie były dużo większe – siedemnastu poległych i pięciu rannych.

Epilog

Oddział partyzancki GL im. Józefa Bema nie został zlikwidowany, a to było celem „Unternrhmen Oktober”. Terror hitlerowski nadal jednak trwał. Wg meldunku Wehrmachtu, po bitwie w odwecie hitlerowcy zastrzelili „przy ucieczce” 22 podejrzane osoby spośród okolicznej ludności, 8 rozstrzelano z wyroku „sądu wojskowego”, a 126 aresztowano.

Pomnik upamiętniający partyzantów

Tymczasem partyzanci spod Diablej Góry zarządzili kilka dni po bitwie koncentrację w lasach pod Żytnem. Stamtąd ruszyli na dalsze boje z hitlerowcami.

Po II wojnie światowej w 1947 roku, u południowego stoku wzgórza Diablej Góry, na postumencie udekorowanym flagami, wzniesiono Krzyż Partyzancki, przepasany wstęgą w barwach narodowych i krepą, a szczątki „Miglanca”, „Tadka” i Koneckiego, ekshumowano i pochowano na cmentarzu w pobliskich Skórkowicach, we wspólnej mogile. Z kolei w 15. rocznicę bitwy, 26 października 1958 roku, stanął w tym miejscu kamienny obelisk, który stoi do dziś.

Tablica na pomniku

Czerwonoarmista „Jasza”, doczekał się zaś osobistego upamiętnienia. W 2016 roku z inicjatywy Wojewody Łódzkiego, na Nowym Cmentarzu w Radomsku miała powstać tablica upamiętniająca Jakowa Salnikowa, który poległ bohatersko niecały rok po bitwie pod Diablą Górą, w obronie mieszkańców wsi Wygoda.

Przemysław J. Łaski

Udostępnij ten artykuł swoim znajomym:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *