Będków dziecinnych lat – Andrzeja Brauna wspomnienia z ulicy Krakowskiej

Jak tylko sięgam pamięcią moich szczenięcych lat z Łodzi, w maju każdego roku, autobusem PKS, mama zabierała mnie, a później także mojego młodszego o 4 lata brata Zbyszka do Będkowa.

Mieszkaliśmy w pokoiku na parterze, w piętrowym budynku z 1914 roku. Był to spadek po ojcu mamy, Wojciechu Pachniewiczu (dziadek całe życie budował, zostawił w spadku swojej czwórce dzieci dwa domy, obory, pomieszczenia pomocnicze i sporo hektarów dobrej ornej ziemi). Dom został podzielony pomiędzy moja mamę (strona lewa) i jej siostrę Janinę Florczyk. Byliśmy małymi kamienicznikami – w naszej połowie mieszkały zawsze dwie rodziny jako lokatorzy. W latach pięćdziesiątych mieszkała rodzina Kotowskich i Dulasów. Później po Kotowskich zamieszkała na długie lata rodzina Trelów.

Nigdy miło nie wspominałem tych autobusowych podróży, a szczególnie nasza rodzicielka. Na wysokości Czarnocina, gdzie jest zalew, była górka, po zjechaniu z niej wymiotowaliśmy razem z bratem, mama miała przygotowane ręczniki, były pełne, wysiadaliśmy przy kościele, ubrudzeni i wykończeni…

Pamiętam jak dzisiaj, cudowne majowe kwitnące łąki, pełne cudownych kwiatów. Trawy były wysokie, mało było mnie z nich widać. Tuż obok cudowna Wolbórka, a na niej „paka” i „dołek”. Nie wiem czy te nazwy się zachowały, w każdym bądź razie tych miejsc fizycznie już nie ma. Cały Będków (mam na myśli dzieciaków) szalał w tych miejscach. Na dołku było ok. 2 metrów głębokości, na wyścigi skakaliśmy szukając rzuconego kamienia, wyglądaliśmy jak stado wyder, nikt z dorosłych nas nie pilnował, nikt się nie utopił. Całe dnie do samego wieczora to miejsce było pełne wrzeszczących i kapiących się dzieciaków. Teraz, nikt nie zobaczy kąpiących się dzieciaków – brakuje dojścia do rzeki…

Nasz domu znajdował się przy ul. Krakowskiej 1. Miałem niesamowite szczęście, że wokół nas mieszkało wielu moich rówieśniczek i rówieśników. W rodzinie Trelów mieszkał mój rówieśnik Krzysiek (Peja) i jego młodszy brat, Zbyszek. Peja był moim najlepszym wakacyjnym kolegą, natomiast Zbyszek był naszym wrogiem, „kablował” wszystko co się dało…. Na wprost rodzina Makowskich z Hanią (mój rocznik) i starszymi Markiem i Lenką.

Kilka domów dalej w tak zwanych „potyłkach” mieszkali Grzybczyńscy z moim rówieśnikiem Stefkiem (zmarł tragicznie (utonął) nad Zalewem Sulejowskim w 2001 r.), dwa lata starszą Jadzią i najstarszym Dzidkiem (Mietkiem), także rodzina Lenarczyków z Jackiem. W domu obok (po dziadku) mieszkali Wasilewscy z Bożeną, Andrzejem, Kasią i Ewą. Do drugiej części tego domu, dojeżdżało z Łodzi także moje kuzynostwo Grzegorz i Hania.

W każdą sobotę, po przyjeździe mojego taty z Łodzi, odbywały się filmowe seanse. Ekranem była tablica ogłoszeń. Tablica była umieszczona na płocie u sołtysa Makowskiewgo, po przeciwnej stronie ulicy. Wieczorem każdy z maluchów przynosił ze sobą stołeczek, potrafiło przyjść nawet trzydzieścioro dzieciaków!! Mój tata wyświetlał z projektora-rzutnika kolorowe bajki – nie były ruchome, lecz były tak kolorowe i piękne, ze nigdy nam się nie znudziły. Na każdej klatce filmu były napisy, a ktoś z dorosłych czytał na głos – buzie mieliśmy otwarte i ze szczęścia lub strachu, w zależności od wyświetlanej bajki. Niezapomniane wieczory.

W dni powszednie bawiliśmy się w chowanego. Miejsc było dość, tylko nasze mamy wyrywały sobie włosy z głowy, kiedy wracaliśmy do domu, ubrudzeni, spoceni, z koszulkami pełnymi „dziadów” (owoce łopianu). Wtedy nie było sztucznych materiałów, koszulki były wełniane lub bawełniane, doskonale przyjmowały „dziady”.

Chciałbym ciepło wspomnieć o Maryni Kotowskiej, która mieszkała w naszym domu. Nasze mamy były od zawsze przyjaciółkami. Wacia i Jadzia wymyśliły sobie, że jesteśmy dla siebie stworzeni, zrobili z nas parę, nic gorszego nie można zrobić małym dzieciom…. Unikałem jak mogłem mojej „narzeczonej”, Marynia także. Zrobili nam wielka krzywdę, teraz wspominam to z rozrzewnieniem, spotykamy się sporadycznie, była i jest bardzo ładną i niezwykle serdeczna kobietą!!

Gdy byliśmy troszkę starsi, stworzyły się dwie grupy. W mojej znaleźli się: Hania, Stefek, Jadzia, Dzidek, Jacek, Krzysiek, Andrzej, Marynia Kotowska, Maryla Burczyńska, Maria Kobalczyk, Hania Makowska. Jak to miedzy dziećmi, toczyliśmy bitwy. Do jednej przygotowywaliśmy się bardzo długo. Rodzice Jadzi, Stefka i Dzidka mieli w inspektach pomidory, znakomity materiał do rzucania. Wynieśli ich całą masę, a Hania Makowska podbierała kurom jajka. Bitwa odbyła się na wprost okien Zosi Wasilewskiej i pani Trelowej. Pomidory i jajka ściekały po ścianach i oknach budynków. Niespodziewany kontratak ze strony nowego przeciwnika: Wasilewskiej i Trelowej z miotłami w rękach zakończył przedwcześnie, dobrze zapowiadającą się dla nas bitwę.

Nie wspomniałem o mojej najbliższej rodzinie Florczyków. Mieszkaliśmy w jednym domu. Jadzia, Urszula, Kazik i Adam nie mieli czasu na zabawy, bo trudna sytuacja rodzinna nie pozwalała na bliskie kontakty z naszą ferajną i musieli pomagać w domu. Także Hania Makowska, bardzo rzadko mogła nam towarzyszyć, bardzo surowy tata, zawsze znalazł zajęcie dla mojej przyjaciółki… Zawsze znalazła chwilkę czasu, aby z nami poszaleć, dziękuję Haniu !!!

Andrzej Braun

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*