Banda Orłowskiego – postrach okolic Piotrkowa

Od września 1877 do marca 1878 roku w rejonie Piotrkowa dokonano szeregu napadów, rozbojów i kradzieży. W każdym z nich brał udział Jan Orłowski, który wokół siebie zgromadził grupę różnych opryszków i złoczyńców, stając się ich nieformalnym przywódcą.

Aresztowania i ucieczki

Jan Orłowski, ze swego pierwszego powołania – wyrobnik, pochodził z Wodzinka w gminie Żeromin (obecnie gmina Tuszyn). Początek jego kariery przestępczej stał pod znakiem drobnych kradzieży, wpadek i szybkich ucieczek. Początkowo zbiegł jako rekrut, a ukrywając się, kradł co się dało. Szybko też został schwytany i skazany na dwa i pół roku rot aresztanckich. Jak wiadomo do dziś, pobyt w więzieniu wpływa bardzo edukacyjnie na aresztantów. Orłowski nie miał już więc szans na uniknięcie drogi życiowej usłanej kryminałem.

Wkrótce po odbyciu kary i powrocie do domu został obwiniony o kolejną kradzież. Po kolejnej szybkiej ucieczce z aresztu, został schwytany i skazany za Oskapadę, kradzieże i włóczęgostwo na cztery lata rot aresztanckich. Osadzony został w twierdzy w Dęblinie (Iwanogrodzie). Oczywiście szybko stamtąd uciekł wraz z jednym kompanem. Zagrożony schwytaniem, na krótko pojawił się w rodzinnej wiosce, gdzie mieszkała jego żona, po czym zapuścił się w dalsze okolice, podobno do powiatu częstochowskiego.

W kwietniu 1876 roku pojawił się w rejonie Piotrkowa. Tu bowiem wpadł w zasadzkę zastawioną w Gomulinie przez straż ziemską. Przewieziony do piotrkowskiego więzienia pod koniec 1876 roku został osądzony i skazany. Ale tuż przed odesłaniem do rot aresztanckich ponownie uciekł.

Częste gościny po okolicznych aresztach i ucieczki, szczególnie ta z nowoczesnej jak na ówczesne lata Twierdzy w Dęblinie (wzniesionej w 1847 roku) sprawiły, że Orłowski zaczynał zdobywać sobie duże poszanowanie wśród współwięźniów, które zaowocowało w kolejnym etapie jego przestępczej działalności. Odtąd nie działał sam, stworzył bandę, a mając pewne znajomości po okolicznych wsiach, już nie dawał się tak szybko złapać. Jego działania zaczęły stopniowo nabierać rozgłosu i legendy.

Swoje nowe otwarcie, jako przywódca bandy, 29-letni Jan Orłowski rozpoczął we wrześniu 1877 roku. W nocy z 8 na 9 września w towarzystwie Jana Piwowarskiego, dokonał kradzieży w Węgrzynowie na Franciszka Ratuszewskiego. Złodzieje wszedłszy przez okno, wynieśli przez nie do ogrodu kufer, który tam otworzyli. Skradzione przedmioty: dwa futra, kołdra i koszule, przyniesiono do domu Piwowarskiego w Augustynowie. Orłowski zabrał później jedno futro dla siebie, ale wymienił je w Podolinie na palto z tamtejszym karczmarzem Lubartowskim.

U Jana Piwowarskiego i jego rodziny miał Orłowski zawsze pewną i bezpieczną ostoję, bo im za to płacił. Często u nich bywał, wraz ze swymi kompanami oraz swoją dziewczyną, 22-letnia Józefą Kantorską. Orłowski często ukrywał się również w Piotrkowie u mieszczanina Józefa Czerwińskiego. To u Czerwińskiego miał podobno poznać swoją przyszłą dziewczynę.

Również we wrześniu, po wybiciu okna, dokonał kradzieży u Mośka Szterna w gminie Górki. Orłowski skradł zamknięty tłumok z rzeczami oraz fuzję. Kolejna kradzież miała miejsce w Szczukocicach. Tam Orłowski z niejakim Wojciechem Grzaneckim podkopali się do spichlerza Jakuba Siejary, z którego skradli różne przedmioty, m.in. kożuch i około 20 funtów lnu. Skradzione przedmioty zabrał ze sobą Grzanecki, dając w ramach rekompensaty Orłowskiemu 10 rs.

Listopad 1877 r. stał pod znakiem kradzieży krów. Z obórki w Piotrkowie na przedmieściu za mostem drogi żelaznej, należącej do Franciszka Grzębińskiego, po wyłamaniu zamka,  Orłowski wyprowadził krowę, którą odprowadził do Piwowarskich do Augustynowa. Piwowarscy krowę zarżnęli.  15 listopada w nocy, we wsi Cekanowie, z zamkniętej obory dzierżawcy Stanisława Sałacińskiego uprowadzono cztery krowy. Orłowski kradzieży tej dokonał raz z włościanami Grzaneckim i Porczyńskim. Po dwie krowy wzięli włościanie, dając zapewne Orłowskiemu jakąś rekompensatę za pomoc.

26 listopada Orłowski był wraz z Franciszkiem Pieczyńskim w Piotrkowie, gdzie przyjechali bryczką. Tam załatwiali jakieś interesy. Po odesłaniu bryczki wyprawili się piechotą plantem drogi żelaznej do Kamieńska. W drodze przyłączył się do nich jeszcze jeden kompan nazwiskiem Stasiak i tak w trójkę włóczyli się po okolicznych lasach, wyprawiając się od czasu do czasu do okolicznych zabudowań za pożywieniem. 1 grudnia w nocy, Orłowski wraz z Antonim Kijewskim napadli we wsi Karolina w pow. częstochowskim na mieszkanie Agnieszki Janiczkowej. Bandyci wdarli się do mieszkania przez okno. Zabrali zawartość kufra, do którego klucz dał im zastraszony syn właścicielki. 3 grudnia czteroosobową bandę Orłowskiego niedaleko stacji Widzew na plancie drogi żelaznej, spotkali strażnicy ziemscy. Orłowskiemu, Antoniemu Kijewskiemu i jeszcze jednemu n.n. udało się uciec. Strażnicy zatrzymali zaś 19-letniego Franciszka Pieczyńskiego, od którego otrzymano pierwsze obszerniejsce zeznania na temat wyczynów Orłowskiego.

16 grudnia doszło do ostatniego przed nowym rokiem, ale pierwszego bardzo głośnego czynu. Orłowski po wyłamaniu zamków u drzwi i otwarciu kufra, dokonał kradzieży 800 rs. u Franciszka Krawczyka vel Karuby w Biskupiej Woli. Objaśnień dotyczących rozkładu izb u Krawczyka udzielił Orłowskiemu niejaki Franciszek Gaduła. Z Gadułą znał się Orłowski jeszcze z czasów pobytu w więzieniu. Wtedy to dowiedział się, że w Biskupiej Woli, rodzinnej wsi Gaduły, mieszka bogaty włościanin Krawczyk. Już wówczas zaplanowali kradzież. Po napadzie na Krawczyka, Orłowski z Kantorską udał się za granicę do Ostrowa (będącego w granicach Prus), gdzie nabył trzy rewolwery. Powracając do kraju do Kalisza Orłowski został aresztowany, ale udało mu się uciec.

Napad na Krawczyka przyniósł rozgłos Orłowskiemu. Zaczęły o nim pisać gazety codzienne, a ludność zaczęła opowiadać o nim legendy. Orłowski był wtedy jeszcze bezpieczny. Święta Bożego Narodzenia spędził u Piwowarskich, a po nich, pewnie dla uspokojenia sytuacji, zaniechał na kilka tygodni swych czynów. Pod koniec stycznia 1878  ruszy jednak do kolejnych działań…

cz. II

O bandzie Orłowskiego słychać było ponownie od drugiej połowy stycznia 1878 roku. Nowy etap Orłowskiego i jego kolegów był nieco inny, mniej w nim było podstępu i wyrachowania, a więcej brutalności.

Już 8 stycznia 1878 roku doszło do pewnego incydentu w karczmie w Rękoraju. Jak zaprotokołował zajście strażnik ziemski z Wolborza, doszło tam do strzelaniny. Na podstawie zeznań świadków ustalono, iż bohaterem zajścia był członek bandy Orłowskiego Antoni Kijewski, kilkakrotnie strzelający z rewolweru. Jak się miało później okazać, był to niemal jak „strzał startera” dla rozpoczęcia nowego otwarcia bandy Orłowskiego.

Przy trakcie kolei warszawskio-wiedeńskiej pomiędzy Krzyżanowem a Cekanowem, stała sobie budka strażnicza oznaczona numerem 101. Z rozmów karczemnych, o mieszkającym tam stróżu Dobrzyńskim krążyły wieści, że niedawno sprzedał swą własność w mieście Mstowie (powiat częstochowski) i dysponuje większą gotówką. To pewnie musiał usłyszeć Orłowski lub jeden z jego kompanów. 21 stycznia wieczorem, pod domek podeszło kilku ludzi. Wywołali oni stróża Dobrzyńskiego i zażądali, aby pokazał im drogę do jakieś wsi, po czym ruszyli w stronę lasu. Po pół godzinie wrócili, ale było ich już ośmiu. Uzbrojeni w pałki, rzucili się na Dobrzyńskiego i grożąc śmiercią, wdarli się do jego domu. Przestraszona żona Dobrzyńskiego dała im 15 rs. i klucz do skrzyni z różnościami. Z pewnością jednym z napastników był Orłowski, rozpoznał go później stróż. Pozostałych nie udał osię ustalić.

Dziesięć dni później, 31 stycznia, legenda Orłowskiego uwidoczniała się we wsi Żeronie. Pod nieobecność Julianny Bartkiewiczowej, właścicielki dość bogatego gospodarstwa, która była akurat z rodziną na weselu w sąsiedztwie, wykorzystując sen dwóch parobków odpoczywających w oborze, dwóch napastników napadło na pilnującą domu 16-letnią służącą Elżbietę Tomaszewską. Pięciu innych stało tymczasem na zewnątrz. Bandyci mieli dużo czasu by splądrować dom. Skradziono m.in. 200 rs., weksle, bilety, płótno, wełnę, bieliznę i korale. To wszystko, przy uspokojonych rzuconym świeżym mięsem zabitego przez gospodarzy wieprza psach, spokojnie załadowano na wozy. Co znamienne, po powrocie właścicieli do domu, stratę przyjęto z żalem, lecz z poddaniem się losowi. Nie mogąc liczyć na pomoc przestraszonych sąsiadów gospodarze, nie próbowani nawet pogoni za złoczyńcami.

Kilka dni później, prawdopodobnie 2 lutego, bandyci zawitali do położonej około 15 km na wschód wsi Rzepki. Była to niecodzienna wizyta. Około godziny 10 wieczorem pod dom niejakiej Parewskiej podjechała bryczka w czworgiem ludzi. Miejscowi włościanie ujrzeli na bryczce, znanych im Kacpra i Marcina Wirów z fuzjami, a przy bryce jeszcze dwóch ludzi. Jeden z nieznajomych, wyposażony w fuzję, rewolwery za pasem i nóż, nazwał siebie Kijewskim, drugi oświadczył, że jest samym Janem Orłowskim, i że przyjechał po swoją kochankę Kasię Chmielewską. Na prośby niejakiego Grzybowskiego, by nikomu nie robili krzywdy, Orłowski miał powiedzieć: „my zaglądamy tylko tam, gdzie jest gotówka”. Banda trochę zabawiła we wsi, pili dość długo, dziewczęta – Kowalewską i Rzepeckie – częstowali papierosami, jeździli po wsi, strzelali na wiwat, i po takiej zabawie odjechali, nie robiąc nikomu krzywdy. Kolejne wizyty po wsiach bandy Orłowskiego nie wyglądały już tak wesoło.

Jak dziś wiadomo, murowana świątynia w Czarnocinie została wybudowana w latach 1879-1891. Co to oznacza? Ano to, iż przed jej budową zapewne zbierano datki na jej powstanie i w okolicy było o tym głośno. Wiedział o tym z pewnością Orłowski. 9 lutego 1878 roku, około godz. 9 wieczorem do domu tamtejszego księdza Husarskiego, wpadło trzech mężczyzn z przewiązanymi chustami na głowie. Na podwórzu, na czatach stał jeszcze jeden lub dwóch. Napastnicy byli uzbrojeni, jeden miał siekierę, drugi rewolwer, trzeci nóż i widły. Schwyciwszy księdza za szyję i grożąc gospodyni, zażądali pieniędzy. Gospodyni w końcu wskazała im gdzie jest puszka od komunikantów. Napastnicy otwierali także kufry. Doszło też do ciekawego zdarzenia. Gdy jeden z napastników zabrał księdzu zegarek, Orłowski widząc to, nakazał zwrócić go poszkodowanemu. Złodzieje skradli około 100 rubli z pieniędzy kościelnych oraz około 100 rubli księdza. Następnie odjechali przywołaną na uzgodniony czas furmanką. Według późniejszych ustaleń, oprócz Orłowskiego, w napadzie brali udział: Kijewski, Marcin Wira oraz Stanisław Wojciechowski. Po napadzie, Wojciechowski udał się jeszcze do pobliskiej karczmy, gdzie zażądał czterech butelek piwa. Pozostali mieli czekać na niego na plancie drogi żelaznej. Karczmarzowi Miczowi Wojciechowski skradł jeszcze algierkę, którą później znaleziono w Augustynowie u Piwowarskich.

Udany napad na księdza Husarskiego musiał podziałać mobilizująco na Orłowskiego i jego kolegów. Już następnego dnia, tj. 10 lutego dokonano kolejnego zuchwałego napadu, tym razem w Moszczenicy, na dom Weinberga, kasjera tartaku parowego. Nim doszło do tego napadu, tego samego dnia czterech ludzi z zakrytymi twarzami zażądało pieniędzy od stróżów leśnych z Moszczenicy, Łukasza Jeleńskiego i Ludwika Sołtysiaka. Pieniędzy przy nich jednak nie znaleźli. Podobnie było gdy Kijewski za pieniędzmi udać się miał do współlokatora Weinberga Remblewskiego. Od niego rabusie wzięli tylko proch. W końcu, Orłowski, Kijewski i Kacper Wira, wpadli do mieszkania Weinberga, sterroryzowali rodzinę kasjera i jego służącą Ludwikę Reich. Przed wejściem napastnicy związali jeszcze stróża Szarnitza. Napad był bardzo brutalny. Podczas niego jeden z przestępców uderzył kolbą od fuzji będącą w ciąży żonę Weinberga, co spowodowało parę dni później przedwczesny poród. Napastnicy ukradli około 200 rs. oraz srebrne łyżki i zegarek. Dopiero gdy usłyszeli szczekanie psów, rozbiegli się.

Znowu minęło dziesięć dni, a o bandzie Orłowskiego zrobiło się głośno. Około godz. 9 wieczorem 20 lutego, do karczmy Antoniego Prelzlera we wsi Żeromińska Ruta, weszli Orłowski i Wojciechowski. Po wypiciu wódki, Wojciechowski rzucił się na karczmarza i wepchnął go do drugiej izby. W tym czasie Orłowski rozbił siekierą skrzynkę z pieniędzmi i zabrał stamtąd 200 rs. oraz skórzaną torbę podróżną. Tej samej nocy bandyci zajrzeli też do mieszkającego trzy wiorsty od Prelzlera, Józefa Kamińskiego, od którego zażądali jedzenia.

Dzień później, 21 lutego, po zapadnięciu zmroku, ktoś zastukał do drzwi plebanii w Kaszewicach (gm. Kluki). Zawiadujący tamtejszym pięknym drewnianym kościołem (na zdjęciu) ksiądz Rzepka, będąc ostrożnym, nie otwarł, ale zapytał: „kto tam?” W odpowiedzi usłyszał prośbę o udanie się do karczmy, by ochrzcić dziecko. Ksiądz wiedział jednak, iż w karczmie mieszkają tylko żydzi, więc przeczuwając jakiś podstęp odpowiedział stanowczo: „Mam ja tu inne kropidło na takie chrzciny!” Po tych słowach wydawało się, że nieznajomi odeszli.

Po jakimś czasie mieszkańcy plebanii usłyszeli ujadanie psów na podwórzu. Parobkowie Cierpisz i Przybylski otworzyli drzwi, by zobaczyć co się stało. W tym momencie trzech nieznajomych rzuciło się na nich, a uderzony przez jednego z rabusiów Przybylski stracił przytomność. Pozostali nieznajomi wdarli się do plebanii terroryzując księdza Rzepkę, służącego Szczepańskiego i służącą Elżbietę Anioł. Nagle zaczęły bić dzwony kościelne. To Przybylski, który doszedł do siebie, pobiegł dzwonić na ratunek. Rabusie zaskoczeni taką sytuacją uciekli. W napadzie oprócz Orłowskiego i jego kompanów, brał też udział włościanin Gaszewski.

Nieudany i przeprowadzony niezdarnie napad, był jakimś sygnałem, że era Orłowskiego i jego bandy, powoli zaczyna się kończyć. O tym bynajmniej nie będą świadczyły postawione na nogi miejscowe służby śledcze, tych się nie bał, a raczej można było mieć wrażenie że było odwrotnie. Na „swoim”  terenie (patrz mapa), wymykał się im kiedy tylko chciał. O jego losie zdecyduje w końcu ten jeden błąd, na który wpływ będzie miała tęsknota do pewnej kobiety.

cz. III

Na wiosnę 1878 roku o wyczynach Jana Orłowskiego i jego bandy, której szereg napadów w rejonie piotrkowskim dokonanych jesienią i zimą spowodował strach w całej guberni, a nazwisko Orłowskiego wyniósł do legendy, przestało być słychać. Pojawiło się co prawda szereg, ale dość niepewnych informacji o pogróżkach wysyłanych przez Orłowskiego. Jeszcze na początku marca bandyta miał zapowiedzieć pisarzowi leśnemu z Rękoraja, gajowemu i pracownikowi kolei żelaznej, by przygotowali gotówkę, jeśli nie chcą być do tego zmuszeni siłą. Czy to były plotki, czy prawda, nie wiadomo, ale świadczyło to już o coraz większym strachu bandy przed śmiałymi napadami, i do ograniczania się tylko i wyłącznie do metody zastraszania.

Tymczasem nad złapaniem członków bandy Orłowskiego coraz intensywniej pracowały miejscowe władze, dokonywano aresztowań ludzi podejrzewanych o „nieodpowiednie prowadzenie się”. Zawezwano do poszukiwań nawet wojsko. Naczelnik straży ziemskiej powiatu piotrkowskiego urządził warty włościańskie, ale na Orłowskiego nie natrafiono. Jego legenda jednak żyła swoim życiem. Pojawiali się naśladowcy jego czynów, próbujący wykorzystać strach wybrzmiewający z tego nazwiska. To powodowało, że „Orłowski” pojawiał się nieraz nawet równocześnie w trzech odległych od siebie miejscach. W marcu 1878 roku doliczono się kilku napadów „Orłowskich” w okolicy Piotrkowa. 11 marca, usiłowano bezskutecznie okraść karczmarza w Przygłowie, cztery dni później obrabowany został młynarz w Karpinie.

W połowie marca, według doniesień śledczych, Orłowski miał nocować w Wodzinku, gdzie jednocześnie przebywali tropiący go strażnicy. Bliskość lasu pozwoliła mu jednak ujść bezkarnie, a dalszą leśną pogoń wstrzymał wystrzałem z pistoletu, skierowanym w stronę nadbiegających.

Bandyci mieli też odbić z rąk straży Kantorską, zatrzymaną za znajomość z Orłowskim. Konwój z Kantorską został zatrzymany w drodze do Brzezin i wystrzałami rozproszony.

To czego nie udało się zrobić śledczym z całej guberni piotrkowskiej, udało się jednak pewnej kobiecie. W Warszawie przy ulicy Świętokrzyskiej, w domu pod nr 14, na drugim piętrze, u pewnego pana literata, na służbie od czterech lat pozostawała dwudziestokilkuletnia Orłowska, żona sławetnego rozbójnika, z którym podobno rozstała się pięć lat wcześniej. Jak wiadomo, Orłowski w tym czasie znalazł sobie nową towarzyszkę życia, o czym jego żona zapewne wiedziała.

Pomimo tak dużego czasu od momentu rozstania, może z tęsknoty, Orłowskiemu przyszedł do głowy pomysł by odwiedzić swą małżonkę. Do Warszawy przybył rankiem 27 marca, przebrany za furmana. Około godziny jedenastej przed południem bandyta przybył do domu, gdzie służyła Orłowska. Wywołał ją do sieni, a po przywitaniu się i kilkuminutowej rozmowie z żoną, oznajmił, że nie ma czasu, lecz odwiedzi ją jeszcze po południu około godziny czwartej. Natychmiast po wyjściu małżonka, jak się miało okazać niewierna już mu żona, ale wierna służąca, wyjawiła wszystko swym pracodawcom, a ci powiadomili policję. Korzystając z tej informacji policja postawiła czaty na ulicy i w bramie domu, do którego miał przybyć Orłowski.

Przed godziną czwartą oczekujący na swych stanowiskach członkowie policji śledczej, spostrzegli zatrzymującą się przed bramą dorożkę, w której siedział jakiś człowiek. Ledwie wysiadł, policjanci rzucili się nań i przy samym wejściu do bramy zatrzymali. Orłowski nie okazywał prawie żadnego oporu. Związanego odwieziono natychmiast do aresztu policyjnego.

Orłowski, jak opisywano go zaraz po zatrzymaniu, był człowiekiem o twarzy niezbyt sympatycznej, wysokiego wzrostu, o włosach ciemno-blond. W chwili zatrzymania ubrany był dość przyzwoicie, w kosztowne futro, twarz miał podwiązaną chustką. Znaleziono przy nim nóż i sporo pieniędzy. Następnego dnia o godzinie jedenastej w południe Orłowskiego obfotografowano w zakładzie Mieczkowskiego. Podwórze fotografa wypełniły tłumy, oczekując na ukazanie się i zobaczenie słynnego bandyty. W piątek, 29 marca zamknęły się za Orłowskim podwoje piotrkowskiego więzienia, do którego przywieziono go z Warszawy rannym pociągam pośpiesznym. Po raz kolejny obfotografowany w miejscowym zakładzie fotograficznym, został przy asyście tłumów odprowadzony do więzienia i okuty w kajdany. Podobno miał dawać do zrozumienia, że wkrótce znów wydostanie się na wolność.

Po zatrzymaniu Orłowskiego, nie ucichły jednak wieści o anonimowych listach tajemniczych „Orłowskich”. Odbierano pogróżki z podpisem „bandyty Orłowskiego” pomimo, że znikł główny motor tej mistyfikacji. Wielu na legendzie Orłowskiego nadal starało się wzbogacić w niecny sposób.

Rozpoczęte natychmiast po przywiezieniu do Piotrkowa Orłowskiego śledztwo, z powodu zawiłości sprawy, nie prędko miało pójść pod rozpoznanie sądu. Trzeba było wyłapać resztę członków bandy i dokonać setek przesłuchań.

Dopiero po dziewięciu miesiącach sprawa trafiła na wokandę piotrkowskiego sądu okręgowego. Rozpatrywano ją tam od 25 stycznia 1879 roku. Co ważne, wszyscy główni podejrzani zasiedli na ławie oskarżonych. Pierwszy dzień rozprawy, podczas którego przesłuchiwano świadków, zakończył się o godz. 2 w nocy, co dowodziło o skali działalności bandy. Następnego dnia rozpoczęto rozprawy sądowe.

27 stycznia, po trwającej pięć godzin naradzie, sąd skazał Jana Orłowskiego na 15 lat w kopalniach syberyjskich. Za członkostwo w przestępczej bandzie 25-letniego Antoniego Kijewskiego i 38-letniego Stanisława Wojciechowskiego skazano na 12 lat ciężkich robót w twierdzy, 19-letniego Franciszka Pieczyńskiego na 6 lat i 8 miesięcy ciężkich robót w twierdzy, 37-letniego Marcina Wirę na 10 lat w twierdzy, a 19-letnego Kacpra Wirę na 1 rok i 6 miesięcy więzienia. Za ukrywanie członków bandy, rodzinę Piwowarskich, ojca, żonę i dwóch synów skazano na osiedlenie się w oddalonych guberniach na Syberii. Za to samo 42-letniego Józefa Czerwińskiego skazano na 6 miesięcy więzienia. Za niezawiadomienie władzy o istnieniu bandy, narzeczoną Orłowskiego, 22-letnią Józefę Kantorską, skazano na 1 rok i 4 miesiące więzienia. Włościanina Andrzeja Gaszewskiego, który wziął udział w jednym z napadów, chociaż członkiem bandy nie był, skazano na 5 lat ciężkich robót w fabrykach.

Po skazaniu bandytów, życie na piotrkowskiej prowincji powoli zaczęło wracać do normy, a normą było to że nadal było niebezpiecznie. Nie było już jednak takiego nazwiska, które przykuwałoby taką uwagę ludzi i powodowało na twarzach blady strach jak słynny Orłowski. W wiejskich karczmach długo opowiadano jeszcze o Orłowskim, o spotkaniach z nim i jego bandą, tych zmyślonych czy tych prawdziwych, ale z biegiem lat nazwisko to powoli zostawało zapominane. Finał opowieści o bandzie Orłowskiego nasuwa też pewną myśl, przypomina się pewne powiedzenie, „gdzie diabeł nie może, tam babę pośle”, które parafrazując, na potrzeby powyższej historii, można przerobić i powiedzieć, „gdzie władza nie może… tam kobieta pomoże”, kobieta, która w otchłań wymiaru sprawiedliwości, w wyrok, posłała swojego męża.

Rozgłos który towarzyszył działaniom Orłowskiego i jego kompanów nie dotyczył jednak tylko regionu piotrkowskiego, ale całego kraju. Wieści o jego wyczynach czyniły z Orłowskiego postać nie tylko wzbudzającą strach, ale i zagadkową, interesującą, a nawet wzbudzającą podziw. Orłowski mimo dużej aktywności, przez wiele miesięcy pozostawał nieuchwytny, a jeśli już gdzieś został zatrzymany, bardzo szybko udawało mu się zbiec. To tylko wzmacniało jego legendę.

Dzięki przesadzonym wieściom przenoszonym ze wsi do wsi, a z nich trafiającym do miast, w wiejskiej karczmie czy miejskim salonie, oraz dziennikom skwapliwie takowe wieści podchwytujące, Orłowski w oczach ludu urósł na niemal poetycką postać, jak wówczas pisano, coś w stylu zagranicznych legendarnych bandytów, Fra Diavola lub Rinaldiego. Czy rzeczywiście zasługiwał na takie miano? Wiadomo, legendy rządzą się swoimi prawami.

Przemysław J. Łaski

Udostępnij ten artykuł swoim znajomym:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *