Banda Orłowskiego, postrach okolic Piotrkowa cz. III (ostatnia) – Kobieta i wyrok

Na wiosnę 1878 roku o wyczynach Jana Orłowskiego i jego bandy, której szereg napadów w rejonie piotrkowskim dokonanych jesienią i zimą spowodował strach w całej guberni, a nazwisko Orłowskiego wyniósł do legendy, przestało być słychać. Pojawiło się co prawda szereg, ale dość niepewnych informacji o pogróżkach wysyłanych przez Orłowskiego. Jeszcze na początku marca bandyta miał zapowiedzieć pisarzowi leśnemu z Rękoraja, gajowemu i pracownikowi kolei żelaznej, by przygotowali gotówkę, jeśli nie chcą być do tego zmuszeni siłą. Czy to były plotki, czy prawda, nie wiadomo, ale świadczyło to już o coraz większym strachu bandy przed śmiałymi napadami, i do ograniczania się tylko i wyłącznie do metody zastraszania.

Tymczasem nad złapaniem członków bandy Orłowskiego coraz intensywniej pracowały miejscowe władze, dokonywano aresztowań ludzi podejrzewanych o „nieodpowiednie prowadzenie się”. Zawezwano do poszukiwań nawet wojsko. Naczelnik straży ziemskiej powiatu piotrkowskiego zarządził warty włościańskie, ale na Orłowskiego nie natrafiono. Jego legenda jednak żyła swoim życiem. Pojawiali się naśladowcy jego czynów, próbujący wykorzystać strach wybrzmiewający z tego nazwiska. To powodowało, że „Orłowski” pojawiał się nieraz nawet równocześnie w trzech odległych od siebie miejscach. W marcu 1878 roku doliczono się kilku napadów „Orłowskich” w okolicy Piotrkowa. 11 marca, usiłowano bezskutecznie okraść karczmarza w Przygłowie, cztery dni później obrabowany został młynarz w Karpinie. W połowie marca, według doniesień śledczych, Orłowski miał nocować w Wodzinku, gdzie jednocześnie przebywali tropiący go strażnicy. Bliskość lasu pozwoliła mu jednak ujść bezkarnie, a dalszą leśną pogoń wstrzymał wystrzałem z pistoletu, skierowanym w stronę nadbiegających. Bandyci mieli też odbić z rąk straży Kantorską, zatrzymaną za znajomość z Orłowskim. Konwój z Kantorską został zatrzymany w drodze do Brzezin i wystrzałami rozproszony.

To czego nie udało się zrobić śledczym z całej guberni piotrkowskiej, udało się jednak pewnej kobiecie. W Warszawie przy ulicy Świętokrzyskiej, w domu pod nr 14, na drugim piętrze, u pewnego pana literata, na służbie od czterech lat pozostawała dwudziestokilkuletnia Orłowska, żona sławetnego rozbójnika, z którym podobno rozstała się pięć lat wcześniej. Jak wiadomo, Orłowski w tym czasie znalazł sobie nową towarzyszkę życia, o czym jego żona zapewne wiedziała. Pomimo tak dużego czasu od momentu rozstania, może z tęsknoty, Orłowskiemu przyszedł do głowy pomysł by odwiedzić swą małżonkę. Do Warszawy przybył rankiem 27 marca, przebrany za furmana. Około godziny jedenastej przed południem bandyta przybył do domu, gdzie służyła Orłowska. Wywołał ją do sieni, a po przywitaniu się i kilkuminutowej rozmowie z żoną, oznajmił, że nie ma czasu, lecz odwiedzi ją jeszcze po południu około godziny czwartej. Natychmiast po wyjściu małżonka, jak się miało okazać niewierna już mu żona, ale wierna służąca, wyjawiła wszystko swym pracodawcom, a ci powiadomili policję. Korzystając z tej informacji policja postawiła czaty na ulicy i w bramie domu, do którego miał przybyć Orłowski.

Przed godziną czwartą oczekujący na swych stanowiskach członkowie policji śledczej, spostrzegli zatrzymującą się przed bramą dorożkę, w której siedział jakiś człowiek. Ledwie wysiadł, policjanci rzucili się nań i przy samym wejściu do bramy zatrzymali. Orłowski nie okazywał prawie żadnego oporu. Związanego odwieziono natychmiast do aresztu policyjnego.

Orłowski, jak opisywano go zaraz po zatrzymaniu, był człowiekiem o twarzy niezbyt sympatycznej, wysokiego wzrostu, o włosach ciemno-blond. W chwili zatrzymania ubrany był dość przyzwoicie, w kosztowne futro, twarz miał podwiązaną chustką. Znaleziono przy nim nóż i sporo pieniędzy. Następnego dnia o godzinie jedenastej w południe Orłowskiego obfotografowano w zakładzie Mieczkowskiego. Podwórze fotografa wypełniły tłumy, oczekując na ukazanie się i zobaczenie słynnego bandyty. W piątek, 29 marca zamknęły się za Orłowskim podwoje piotrkowskiego więzienia, do którego przywieziono go z Warszawy rannym pociągam pośpiesznym. Po raz kolejny obfotografowany w miejscowym zakładzie fotograficznym, został przy asyście tłumów odprowadzony do więzienia i okuty w kajdany. Podobno miał dawać do zrozumienia, że wkrótce znów wydostanie się na wolność.

Po zatrzymaniu Orłowskiego, nie ucichły jednak wieści o anonimowych listach tajemniczych „Orłowskich”. Odbierano pogróżki z podpisem „bandyty Orłowskiego” pomimo, że znikł główny motor tej mistyfikacji. Wielu na legendzie Orłowskiego nadal starało się wzbogacić w niecny sposób.

Rozpoczęte natychmiast po przywiezieniu do Piotrkowa Orłowskiego śledztwo, z powodu zawiłości sprawy, nieprędko miało pójść pod rozpoznanie sądu. Trzeba było wyłapać resztę członków bandy i dokonać setek przesłuchań. Dopiero po dziewięciu miesiącach sprawa trafiła na wokandę piotrkowskiego sądu okręgowego. Rozpatrywano ją tam od 25 stycznia 1879 roku. Co ważne, wszyscy główni podejrzani zasiedli na ławie oskarżonych. Pierwszy dzień rozprawy, podczas którego przesłuchiwano świadków, zakończył się o godz. 2 w nocy, co dowodziło o skali działalności bandy. Następnego dnia rozpoczęto rozprawy sądowe. 27 stycznia, po trwającej pięć godzin naradzie, sąd skazał Jana Orłowskiego na 15 lat w kopalniach syberyjskich. Za członkostwo w przestępczej bandzie 25-letniego Antoniego Kijewskiego i 38-letniego Stanisława Wojciechowskiego skazano na 12 lat ciężkich robót w twierdzy, 19-letniego Franciszka Pieczyńskiego na 6 lat i 8 miesięcy ciężkich robót w twierdzy, 37-letniego Marcina Wirę na 10 lat w twierdzy, a 19-letnego Kacpra Wirę na 1 rok i 6 miesięcy więzienia. Za ukrywanie członków bandy, rodzinę Piwowarskich, ojca, żonę i dwóch synów skazano na osiedlenie się w oddalonych guberniach na Syberii. Za to samo 42-letniego Józefa Czerwińskiego skazano na 6 miesięcy więzienia. Za niezawiadomienie władzy o istnieniu bandy, narzeczoną Orłowskiego, 22-letnią Józefę Kantorską, skazano na 1 rok i 4 miesiące więzienia. Włościanina Andrzeja Gaszewskiego, który wziął udział w jednym z napadów, chociaż członkiem bandy nie był, skazano na 5 lat ciężkich robót w fabrykach.

Po skazaniu bandytów, życie na piotrkowskiej prowincji powoli zaczęło wracać do normy, a normą było to że nadal było niebezpiecznie. Nie było już jednak takiego nazwiska, które przykuwałoby taką uwagę ludzi i powodowało na twarzach blady strach jak słynny Orłowski. W wiejskich karczmach długo opowiadano jeszcze o Orłowskim, o spotkaniach z nim i jego bandą, tych zmyślonych czy tych prawdziwych, ale z biegiem lat nazwisko to powoli zostawało zapominane. Finał opowieści o bandzie Orłowskiego nasuwa też pewną myśl, przypomina się pewne powiedzenie, „gdzie diabeł nie może, tam babę pośle”, które parafrazując, na potrzeby powyższej historii, można przerobić i powiedzieć, „gdzie władza nie może… tam kobieta pomoże”, kobieta, która w otchłań wymiaru sprawiedliwości, w wyrok, posłała swojego męża.

Przemysław J. Łaski

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*