Banda Orłowskiego, postrach okolic Piotrkowa cz. II – Brutalna seria

O bandzie Orłowskiego słychać było ponownie od drugiej połowy stycznia 1878 roku. Nowy etap Orłowskiego i jego kolegów był nieco inny, mniej w nim było podstępu i wyrachowania, a więcej brutalności.

Już 8 stycznia 1878 roku doszło do pewnego incydentu w karczmie w Rękoraju. Jak zaprotokołował zajście strażnik ziemski z Wolborza, doszło tam do strzelaniny. Na podstawie zeznań świadków ustalono, iż bohaterem zajścia był członek bandy Orłowskiego Antoni Kijewski, kilkakrotnie strzelający z rewolweru. Jak się miało później okazać, był to niemal jak „strzał startera” dla rozpoczęcia nowego otwarcia bandy Orłowskiego.

Przy trakcie kolei warszawskio-wiedeńskiej pomiędzy Krzyżanowem a Cekanowem, stała sobie budka strażnicza oznaczona numerem 101. Z rozmów karczemnych, o mieszkającym tam stróżu Dobrzyńskim krążyły wieści, że niedawno sprzedał swą własność w mieście Mstowie (powiat częstochowski) i dysponuje większą gotówką. To pewnie musiał usłyszeć Orłowski lub jeden z jego kompanów. 21 stycznia wieczorem, pod domek podeszło kilku ludzi. Wywołali oni stróża Dobrzyńskiego i zażądali, aby pokazał im drogę do jakieś wsi, po czym ruszyli w stronę lasu. Po pół godzinie wrócili, ale było ich już ośmiu. Uzbrojeni w pałki, rzucili się na Dobrzyńskiego i grożąc śmiercią, wdarli się do jego domu. Przestraszona żona Dobrzyńskiego dała im 15 rs. i klucz do skrzyni z różnościami. Z pewnością jednym z napastników był Orłowski, rozpoznał go później stróż. Pozostałych nie udał osię ustalić.

Dziesięć dni później, 31 stycznia, legenda Orłowskiego uwidoczniała się we wsi Żeronie. Pod nieobecność Julianny Bartkiewiczowej, właścicielki dość bogatego gospodarstwa, która była akurat z rodziną na weselu w sąsiedztwie, wykorzystując sen dwóch parobków odpoczywających w oborze, dwóch napastników napadło na pilnującą domu 16-letnią służącą Elżbietę Tomaszewską. Pięciu innych stało tymczasem na zewnątrz. Bandyci mieli dużo czasu by splądrować dom. Skradziono m.in. 200 rs., weksle, bilety, płótno, wełnę, bieliznę i korale. To wszystko, przy uspokojonych rzuconym świeżym mięsem zabitego przez gospodarzy wieprza psach, spokojnie załadowano na wozy. Co znamienne, po powrocie właścicieli do domu, stratę przyjęto z żalem, lecz z poddaniem się losowi. Nie mogąc liczyć na pomoc przestraszonych sąsiadów gospodarze, nie próbowani nawet pogoni za złoczyńcami.

Kilka dni później, prawdopodobnie 2 lutego, bandyci zawitali do położonej około 15 km na wschód wsi Rzepki. Była to niecodzienna wizyta. Około godziny 10 wieczorem pod dom niejakiej Parewskiej podjechała bryczka w czworgiem ludzi. Miejscowi włościanie ujrzeli na bryczce, znanych im Kacpra i Marcina Wirów z fuzjami, a przy bryce jeszcze dwóch ludzi. Jeden z nieznajomych, wyposażony w fuzję, rewolwery za pasem i nóż, nazwał siebie Kijewskim, drugi oświadczył, że jest samym Janem Orłowskim, i że przyjechał po swoją kochankę Kasię Chmielewską. Na prośby niejakiego Grzybowskiego, by nikomu nie robili krzywdy, Orłowski miał powiedzieć: „my zaglądamy tylko tam, gdzie jest gotówka”. Banda trochę zabawiła we wsi, pili dość długo, dziewczęta – Kowalewską i Rzepeckie – częstowali papierosami, jeździli po wsi, strzelali na wiwat, i po takiej zabawie odjechali, nie robiąc nikomu krzywdy. Kolejne wizyty po wsiach bandy Orłowskiego nie wyglądały już tak wesoło.

Jak dziś wiadomo, murowana świątynia w Czarnocinie została wybudowana w latach 1879-1891. Co to oznacza? Ano to, iż przed jej budową zapewne zbierano datki na jej powstanie i w okolicy było o tym głośno. Wiedział o tym z pewnością Orłowski. 9 lutego 1878 roku, około godz. 9 wieczorem do domu tamtejszego księdza Husarskiego, wpadło trzech mężczyzn z przewiązanymi chustami na głowie. Na podwórzu, na czatach stał jeszcze jeden lub dwóch. Napastnicy byli uzbrojeni, jeden miał siekierę, drugi rewolwer, trzeci nóż i widły. Schwyciwszy księdza za szyję i grożąc gospodyni, zażądali pieniędzy. Gospodyni w końcu wskazała im gdzie jest puszka od komunikantów. Napastnicy otwierali także kufry. Doszło też do ciekawego zdarzenia. Gdy jeden z napastników zabrał księdzu zegarek, Orłowski widząc to, nakazał zwrócić go poszkodowanemu. Złodzieje skradli około 100 rubli z pieniędzy kościelnych oraz około 100 rubli księdza. Następnie odjechali przywołaną na uzgodniony czas furmanką. Według późniejszych ustaleń, oprócz Orłowskiego, w napadzie brali udział: Kijewski, Marcin Wira oraz Stanisław Wojciechowski. Po napadzie, Wojciechowski udał się jeszcze do pobliskiej karczmy, gdzie zażądał czterech butelek piwa. Pozostali mieli czekać na niego na plancie drogi żelaznej. Karczmarzowi Miczowi Wojciechowski skradł jeszcze algierkę, którą później znaleziono w Augustynowie u Piwowarskich.

Udany napad na księdza Husarskiego musiał podziałać mobilizująco na Orłowskiego i jego kolegów. Już następnego dnia, tj. 10 lutego dokonano kolejnego zuchwałego napadu, tym razem w Moszczenicy, na dom Weinberga, kasjera tartaku parowego. Nim doszło do tego napadu, tego samego dnia czterech ludzi z zakrytymi twarzami zażądało pieniędzy od stróżów leśnych z Moszczenicy, Łukasza Jeleńskiego i Ludwika Sołtysiaka. Pieniędzy przy nich jednak nie znaleźli. Podobnie było gdy Kijewski za pieniędzmi udać się miał do współlokatora Weinberga Remblewskiego. Od niego rabusie wzięli tylko proch. W końcu, Orłowski, Kijewski i Kacper Wira, wpadli do mieszkania Weinberga, sterroryzowali rodzinę kasjera i jego służącą Ludwikę Reich. Przed wejściem napastnicy związali jeszcze stróża Szarnitza. Napad był bardzo brutalny. Podczas niego jeden z przestępców uderzył kolbą od fuzji będącą w ciąży żonę Weinberga, co spowodowało parę dni później przedwczesny poród. Napastnicy ukradli około 200 rs. oraz srebrne łyżki i zegarek. Dopiero gdy usłyszeli szczekanie psów, rozbiegli się.

Znowu minęło dziesięć dni, a o bandzie Orłowskiego zrobiło się głośno. Około godz. 9 wieczorem 20 lutego, do karczmy Antoniego Prelzlera we wsi Żeromińska Ruta, weszli Orłowski i Wojciechowski. Po wypiciu wódki, Wojciechowski rzucił się na karczmarza i wepchnął go do drugiej izby. W tym czasie Orłowski rozbił siekierą skrzynkę z pieniędzmi i zabrał stamtąd 200 rs. oraz skórzaną torbę podróżną. Tej samej nocy bandyci zajrzeli też do mieszkającego trzy wiorsty od Prelzlera, Józefa Kamińskiego, od którego zażądali jedzenia.

Dzień później, 21 lutego, po zapadnięciu zmroku, ktoś zastukał do drzwi plebanii w Kaszewicach (gm. Kluki). Zawiadujący tamtejszym pięknym drewnianym kościołem (na zdjęciu) ksiądz Rzepka, będąc ostrożnym, nie otwarł, ale zapytał: „kto tam?” W odpowiedzi usłyszał prośbę o udanie się do karczmy, by ochrzcić dziecko. Ksiądz wiedział jednak, iż w karczmie mieszkają tylko żydzi, więc przeczuwając jakiś podstęp odpowiedział stanowczo: „Mam ja tu inne kropidło na takie chrzciny!” Po tych słowach wydawało się, że nieznajomi odeszli.

Po jakimś czasie mieszkańcy plebanii usłyszeli ujadanie psów na podwórzu. Parobkowie Cierpisz i Przybylski otworzyli drzwi, by zobaczyć co się stało. W tym momencie trzech nieznajomych rzuciło się na nich, a uderzony przez jednego z rabusiów Przybylski stracił przytomność. Pozostali nieznajomi wdarli się do plebanii terroryzując księdza Rzepkę, służącego Szczepańskiego i służącą Elżbietę Anioł. Nagle zaczęły bić dzwony kościelne. To Przybylski, który doszedł do siebie, pobiegł dzwonić na ratunek. Rabusie zaskoczeni taką sytuacją uciekli. W napadzie oprócz Orłowskiego i jego kompanów, brał też udział włościanin Gaszewski.

Nieudany i przeprowadzony niezdarnie napad, był jakimś sygnałem, że era Orłowskiego i jego bandy, powoli zaczyna się kończyć. O tym bynajmniej nie będą świadczyły postawione na nogi miejscowe służby śledcze, tych się nie bał, a raczej można było mieć wrażenie że było odwrotnie. Na „swoim”  terenie (patrz mapa), wymykał się im kiedy tylko chciał. O jego losie zdecyduje w końcu ten jeden błąd, na który wpływ będzie miała tęsknota do pewnej kobiety. Ale o tym w kolejnej części.

C.D.N.

Przemysław J. Łaski

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*