Afera egzaminacyjna w piotrkowskim Chrobrym

Nauczycielska samowola, nadużycia egzaminacyjne, wymuszanie korepetycji – te rzeczy zatruwały i zatruwają atmosferę niektórych szkół średnich – jak donoszą nieraz media. I oto pewnego dnia na takim właśnie polu wybuch skandal w piotrkowskim „Chrobrym”.

W czerwcu 1936 roku w piotrkowskim Państwowym Gimnazjum im. Bolesława Chrobrego, mieszczącym się w budynku gdzie obecnie jest I Liceum Ogólnokształcące tego samego imienia, miał się odbyć egzaminy wstępne dla uczniów pierwszej klasy.

Dzień lub dwa przed egzaminem, nauczyciele wchodzący w skład komisji egzaminacyjnej złożyli na ręce dyrektora gimnazjum Wiktora Buzka tematy egzaminacyjne z języka polskiego i matematyki. Ponieważ uczniowie podzieleni zostali na pięć grup, dlatego tematy te musiały być przepisane na maszynie w pięciu egzemplarzach. Zadanie to miał wykonać dyrektor Buzek wraz z Michałem Hubczakiem – profesorem (jak dawniej z łaciny mówiono na nauczycieli) matematyki i języka łacińskiego, byłym długoletnim dyrektorem gimnazjum w Tarnopolu.

W czasie egzaminu 22 czerwca wybuchł skandal. Nauczyciele Antoni Wojtczak i Józef Tokarski, przyłapali jednego z uczniów – Zbigniewa Łacisza, na ściąganiu z kartki na której znajdowały się rozwiązane zadania matematyczne. Przed dyrektorem uczeń przyznał później, że ściągę otrzymał poprzedniego dnia od… syna profesora Hubczaka. Józef Mikołaj Hubczak – magister prawa i filozofii, zajmował się od dłuższego czasu udzielaniem korepetycji. Faktycznie, przygotowywał Łacisza i innych jeszcze uczniów do egzaminu. Łacisz zeznał jeszcze, iż podobne ściągi posiadają jego koledzy, którzy pobierali lekcje u młodego Hubczaka. Ustalono, że mieli je uczniowie wszystkich pięciu grup! Powstało pytanie: skąd młody Hubczak znał zadania egzaminacyjne?!

Chcąc nie chcąc cień podejrzeń padł na profesora Hubczaka. Było to jak uderzenie pioruna z nieba, bowiem profesor uważany był za kompetentną oraz powszechnie lubianą i szanowaną osobę.

Wobec tego skandalu egzamin przerwano, ale po zmianie tematów egzamin można było przeprowadzić do końca. Dyrektor gimnazjum zawiadomił jednak władze Kuratorium, które zawiesiły w czynnościach Hubczaka. W międzyczasie jednak – jak tłumaczono – w Kuratorium zachodziły zmiany personalne i rozpoczęcie dochodzenia odwlekło się aż do stycznia 1937 roku, kiedy to przedstawiciel Kuratorium zawitał do „Chrobrego”. Nieco wcześniej zawieszenie w czynnościach Hubczaka zostało anulowane, ale z początkiem roku przeniesiono go jednak do gimnazjum w Łowiczu.

Co ważniejsze skandalem w piotrkowskim „Chrobrym” zajęła się prokuratura, która wszczęła dochodzenie, bo Urzędnik ujawniający na szkodę Państwa tajemnicę urzędową podlega karze więzienia do lat pięciu – jak mówił § 1 art. 289 Kodeksu Karnego.

Minęły kolejne miesiące, a sprawą nieszczęsnego egzaminu zajęła się Temida, w osobie Sądu Okręgowego w Piotrkowie. Rozprawa karna dotyczyła oskarżenia o zdradę tajemnicy urzędowej oraz o kradzież tematów egzaminacyjnych i odbyła się w słynnej Sali 211 piotrkowskiego sądu (sala Macocha). W czasie rozprawy 30 listopada 1937 roku wezwano 32 świadków. Prokurator Filipkowski dokładnie uzasadnił winę oskarżonych. Obrony Hubczaków podjęli się mecenasi Reder i Nawarra.

Jak zeznał profesor Hubczak, w trakcie przepisywania na maszynie tematów egzaminacyjnych, wezwano go do telefonu. Ponoć wzywała go grupa uczennic gimnazjum z prośbą, aby przyszedł celem wykonania wspólnego zdjęcia. Hubczak przerwał pisanie i zostawiwszy tematy w maszynie do pisania, wyszedł. Najpierw, celem przebrania się, udał się do domu. Tam profesor zdjął marynarkę, którą zawiesił na krześle, udając się do łazienki. Po kilkunastu minutach wyszedł z powrotem i udał się do żeńskiego gimnazjum zrobić zdjęcie. Potem powrócił do swojej pracy przy przepisywaniu tematów egzaminacyjnych. Co istotne, wszystkie ważniejsze informacje z życia szkolnego Hubczak miał trzymać w notesie, który nosił w marynarce. Wiedział o tym dobrze jego syn, i to jego zeznania przed sądem okazały się decydujące.

Przyznał on, że gdy ojciec był w łazience, wyjął mu z kieszeni marynarki notes i znalazłszy tam tematy egzaminacyjne z matematyki, przepisał je sobie a następnie rozwiązał i wręczył swym korepetytowanym uczniom. To zeznanie uwalniało praktycznie jego ojca od celowego działania na szkodę Państwa.

Sąd po całodziennej rozprawie, po przesłuchaniu wszystkich świadków, nie dopatrzył się winy… obu oskarżonych! Czy tak trudno było skazać szanowanych obywateli miasta? Jak się więc okazało, według sądu, wszystkiemu winny byli uczniowie, choć złamanie prawa przez syna nauczyciela wydawało się być oczywiste. Czy wyrok sądu nie był więc większym skandalem niż sądzona sprawa?!

Przemysław J. Łaski

Udostępnij ten artykuł swoim znajomym:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *